Nie klękał przed zaborcą. Brąswałd zamienił w twierdzę polskiego słowa, a pruskim urzędnikom przez lata odbierał spokój. Walenty Barczewski – „gbur”, którego nie dało się złamać.

Gdy 10 lutego 1856 roku w Jarotach pod Olsztynem przyszedł na świat Walenty Barczewski, nikt nie przypuszczał, że ten chłopak stanie się jednym z najważniejszych obrońców polskiego słowa na południowej Warmii.

Rodzi się w idealnym momencie – jakby historia specjalnie czekała na jego pojawienie się. To był czas wielkiego przełomu. Stary świat powoli odchodził w zapomnienie, a nad Warmią zbierały się czarne chmury pruskiej germanizacji.

Walenty zdążył jeszcze dorosnąć w domu, w którym polskość nie była politycznym hasłem, ale codziennością – naturalną jak chleb. Dzięki temu, gdy kilkanaście lat później Bismarck uderzył w polską mowę z całą siłą, Barczewski nie musiał uczyć się patriotyzmu z książek. On go miał we krwi. Urodził się w chłopskiej rodzinie, która „kultywowała polskość na Warmii” z uporem, którego nie dało się złamać żadnym urzędowym zakazem. W domu mówiło się po polsku i to dla niego było normalne – i właśnie tę „normalność” postanowił później wywalczyć dla wszystkich Warmiaków.

Cztery dzieci na schodach z rowerem w tle.
Uczniowie szkoły polskiej w Jarotach – Jan Barczewski, Maria Maczuga, Agnieszka Malewska, Krystyna Sikora, źródło: P. Bojarski, A. Sobiela „Szkoły polskie na Warmii 1929–1939”

Szkoła charakteru

Syn Jakuba Barczewskiego i Barbary z Burlińskich nie był typem potulnego kleryka. Jego edukacja w Braniewie i Reszlu była tylko wstępem do prawdziwej szkoły charakteru w Chełmnie. To tam, w bastionie polskości, chłonął ducha oporu. Gdy 8 grudnia 1883 roku przyjmował święcenia, wchodził na pole minowe – był to szczyt Kulturkampfu, czas, gdy pruscy urzędnicy z furią tropili każdy przejaw polskości w Kościele.

Jako wikariusz w Butrynach, Świętej Lipce i Biskupcu, a potem administrator w Wielbarku, przechodził twardy poligon. Wielbark był dla niego szkołą przetrwania – na surowym pograniczu Warmii i Mazur hartował się jego talent organizacyjny. Prawdziwa bomba wybuchła jednak w 1894 roku. Gdy Barczewski objął parafię w Brąswałdzie, pruscy żandarmi mogli zacząć pisać raporty – właśnie pojawił się człowiek, który z małej wioski postanowił uczynić twierdzę polskiego słowa.

Brąswałd. Miejsce próby i walka „gbura”

Brąswałd pod rządami Barczewskiego przestał być cichą wsią – stał się solą w oku pruskiej administracji. Sam proboszcz budził respekt samym wyglądem, o czym pisała Maria Zientara-Malewska: „Ksiądz Barczewski był wysoki, twarz miał okrągłą, dużą, wysokie czoło i niebieskie oczy ocienione krzaczastymi brwiami. Ręce miał kształtne, chociaż prawdziwe ręce gburskie. W domu lub na spacer ubrał czarne ubranie lub półsutannę, zawsze nosił, nawet w domu, koloratkę płócienny sztywny kołnierz. Swoje obowiązki duszpasterskie wykonywał sumiennie, ale może jeszcze więcej był gburem”.

W tamtym czasie określenie „gbur” na Warmii oznaczało dumnego, majętnego gospodarza – i taki właśnie był Barczewski: twardy, zakorzeniony w ziemi i nieustępliwy. W czasach bezwzględnego walca germanizacji postawił sprawę na ostrzu noża: w jego kościele polskie słowo miało być nietykalne. Nie ograniczał się jednak tylko do ambony. Chwycił za pióro jak za karabin – pisał, wydawał i dokumentował, zmieniając każdą książkę w tarczę chroniącą warmińską duszę przed wynarodowieniem.

- Barczewski nie ograniczał się do kazania i ambony, lecz rzetelnie dokumentował historię i kulturę południowej Warmii, odkrywając polskie korzenie regionu – pisze prof. Jan Chłosta w artykule „Związki księdza Walentego Barczewskiego z Gazetą Olsztyńską”.

Portret mężczyzny w sutannie
Ksiądz Walenty Barczewski (1856–1928) – wieloletni proboszcz parafii w Brąswałdzie, fot. Wikimedia Commons

Prawdziwym manifestem stała się budowa nowego kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej (1894–1896). Barczewski uczynił z niego polską twierdzę, zdobiąc wnętrze polichromiami Jana Bogdańskiego, które aż kipiały od narodowej symboliki: sceny z Wawelu, męczeństwo św. Wojciecha, Czarna Madonna i – co najbardziej prowokacyjne – biały orzeł. Ksiądz z dumą obnosił się ze swoim pochodzeniem, o czym świadczy fakt, że „niedawno kazał wymalować nad świętym Janem z swoją podobizną mszał i pług”. Gdy władze pruskie oskarżyły go o bezczelną propagandę, Barczewski, ten „warmiński gbur” o stalowym spojrzeniu, nie cofnął się ani o milimetr, grając zaborcy na nosie i broniąc każdego skrawka polskiej tożsamości.

Drukarnia w sercu i głos w parlamencie

Barczewski wiedział, że bez mediów naród zostanie zakrzyczany. Stał się mózgiem operacyjnym polskiej prasy, redagując „Gazetę Olsztyńską”, „Nowiny Warmińskie” i „Warmiaka”. Każdy numer był jak amunicja wysyłana do domów. Jego autorytet urósł do tego stopnia, że w 1912 roku rzucił wyzwanie systemowi na jego własnym boisku – został posłem do Landtagu w Berlinie, gdzie twardo upominał się o prawa rodaków.

To, jak wielki był to format postaci, wiemy dziś dokładnie dzięki pracy najwybitniejszego znawcy tematu. To prof. Jan Chłosta odkrył dla współczesnych pokoleń pełną skalę dorobku Barczewskiego, wydobywając z archiwów dowody na jego genialną strategię. Chłosta podkreślał, że Barczewski „uchodził za najwszechstronniej wykształconego Warmiaka”, wizjonera, dla którego język, wiara i tożsamość stanowiły nierozerwalny splot.

Duchowy lider i zapis ginącego świata

Ksiądz Barczewski wierzył, że polskość zaczyna się od książki, dlatego budował sieć bibliotek w ramach Towarzystwa Czytelni Ludowych. Po 1918 roku stał się jednym z duchowych liderów ruchu plebiscytowego. Jego dzieła, jak „Kiermasy na Warmii” czy „Gwary ludu na Warmii i Mazurach”, przestały być z czasem zwykłymi książkami, a stały się fundamentalnym zapisem ginącego świata. Barczewski nie tylko opisywał obyczaje, ale udowadniał naukowe prawo Warmiaków do własnej tożsamości. Za tę niezłomność państwo polskie uhonorowało go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Nekrolog Walentego Barczewskiego

Ostatnie lata i pamięć

Walenty Barczewski zmarł 28 maja 1928 roku w Brąswałdzie, do końca pozostając wiernym swojej ziemi i parafianom. Na jego nagrobku widnieją pokorne, a jednocześnie przejmujące słowa: „Żyłem, bo chciałeś, umarłem, bo kazałeś, zbaw, bo możesz!”. Choć odszedł w czasach trudnych dla polskości, jego walka przyniosła trwałe owoce. Największy hołd oddano mu w 1946 roku, kiedy to – w ramach przywracania polskiej tożsamości tym ziemiom – dawny Wartembork przemianowano na Barczewo.

Był to symboliczny gest sprawiedliwości dziejowej: miasto zyskało imię człowieka, którego jedyną bronią były słowo, ambona i nieustępliwy, chłopski upór. Dzięki Barczewskiemu, „warmińskiemu gburowi” o wielkim sercu i jeszcze większym umyśle, kolejne pokolenia Warmiaków nauczyły się nie tylko mówić, ale przede wszystkim z dumą pamiętać po polsku.