„Koschorrek”, „Schattelat” – król złodziei koni. Joseph Schikorra (Józef Sikora), syn ubogiej ziemi bisztyneckiej, stał się legendą jeszcze za życia. Choć ponad połowę 75 lat spędził w więzieniu, na wolności budził podziw i lęk. Miał własny kodeks: okradał bogatych, a biednym… zostawiał krowę pod drzwiami.

W historii Prus Wschodnich mało która postać budziła tak skrajne emocje jak Joseph Schikorra (Józef Sikora). Na przełomie XIX i XX wieku jego nazwisko uosabiało „zbójecki romantyzm”. Elektryzował mieszkańców od Bisztynka po Rosję i Litwę. Nie był zwykłym rzezimieszkiem. Był synem ubogiej warmińskiej ziemi, który zapracował na miano „króla złodziei koni”.

Dowód w czerni i bieli

To nie są tylko legendy. Skala jego działalności była tak ogromna, że wpłynęła na gospodarkę regionu. W numerze 3. gazety „Altpreußische Zeitung und Anzeiger für Stadt und Land” z 4 stycznia 1893 roku czytamy:

„Wraz ze starym rokiem zakończono przyjmowanie nowych koni do Towarzystwa Ochrony Koni w Lutrach. Towarzystwo to (…) swoje powstanie zawdzięcza wielkim kradzieżom koni w latach siedemdziesiątych, kiedy to w naszej okolicy siał postrach cieszący się złą sławą złodziej koni, Schikorra. (…) Przyjęte konie są znakowane na szyi pieczęcią stowarzyszenia (V. L.) i rzadko zdarza się, aby koń opatrzony takim znakiem został skradziony”.

Fakt, że jeden człowiek zmusił całą klasę społeczną do stworzenia systemu znakowania zwierząt, jest w historii regionu ewenementem.

Od ucznia rzeźnika do „króla koni”

Schikorra urodził się w 1856 roku w Bisztynku, w rodzinie dotkniętej skrajnym ubóstwem. Nie miał łatwych początków – matka nakłaniała go do podkradania mięsa w rzeźni, gdzie był uczniem. Później sam mistrz rzeźnicki, Rohfleisch, zmuszał go do nocnych kradzieży owiec. W takich warunkach trudno było być wzorem.

Jednak to konie były jego pasją. Już jako młody chłopak potrafił nocami siodłać zwierzęta mistrza i galopować po bruku Bisztynka. Wypracował własny styl: kradł tylko najlepsze okazy. Był mistrzem kamuflażu zwierząt – strzygł im grzywy, przycinał ogony i wypalał białe pęciny gorącym chlebem, by zmylić pościg. Pędził ze skradzionymi końmi przez lasy ku litewskiej granicy, a zwierzęta ukrywał w piwnicach starego domu pod Prositami.

Mistrz maskarady: „Tu biesiadował Schikorra”

Schikorra kochał teatr. Potrafił przebrać się za starca, kobietę, a nawet handlarza koni z Koblencji. Odwiedzał najlepsze hotele w Reszlu (Hotel Parschau) czy Bisztynku (Hotel Mathes). Zasiadał w cylindrze, z laseczką o srebrnej gałce, zamawiał pieczeń i zostawiał hojne napiwki. Dopiero po jego wyjściu obsługa znajdowała pod talerzem kartkę: „Tu biesiadował herszt zbójników Schikorra”.

Miał niezwykłą czelność. Raz wysiadł z pociągu w Sątopach-Samulewie, widząc policję. Przedstawił się im jako… radca kryminalny z Olsztyna. Rozstawił funkcjonariuszy na posterunkach, kazał czekać na sygnał gwizdkiem, po czym sam wsiadł do pociągu i odjechał, zostawiając ich na peronie.

„Bogatym zabieram, biednym daję”

Choć Schikorra spędził w więzieniach ponad 35 lat, lud wiejski widział w nim obrońcę. Nigdy nie napadał na biednych. Istnieją relacje o tym, jak wspierał wdowy. Pewnej kobiecie z Unikowa, której padła krowa, podrzucił nową jałówkę pod drzwi stajni. Dołączył list: „Ta krowa nie jest skradziona, lecz uczciwie kupiona. Opiekuj się nią dobrze. Przyjdę po cielaka, gdy dorośnie”.

Innym razem odwiedził biedną wdowę, obiecał krowę w zamian za talerz placków ziemniaczanych. Gdy zajadał placki, zobaczył przez okno żandarmów i uciekł z niedojedzonym posiłkiem przez okno.

Tragiczny finał legendy

Życie Schikorry to nie tylko biesiady. To także tragizm „wiecznie ściganego”. Podczas włamania w Głotowie został postrzelony w dłoń. Od tego czasu nosił skórzany mankiet, który stał się jego znakiem rozpoznawczym. Mawiał: „Nigdy w życiu nie zabiłem człowieka; ale jeśli spotkam tego chłopaka, który mnie postrzelił – zabiję go moją skórzaną pięścią!”.

Zmarł jako postać tragiczna. Swoją historię opowiedział mieszkańcom Bisztynka, a ci przekazali ją Aloysowi i Josefowi Sommerfeldom oraz Alfonsowi Klempertowi, którzy spisali ją w kwartalniku „Rößeler Heimatbote” (1965–1967).

Dziś Schikorra wraca jako symbol dawnej Warmii. Człowiek, który liczył na „bezmyślną łatwowierność ludzi” i prawie nigdy się nie przeliczył. Jego historia to dowód na to, że nawet w świecie surowego pruskiego prawa był margines na spryt, brawurę i zbójecki honor.