Zniszczone fabryki, brak ludzi do pracy i gospodarka budowana od podstaw. Po 1945 roku Warmia i Mazury stały się miejscem gigantycznego eksperymentu. Miały powstać nowe zakłady, nowa wieś i nowy model życia.
Początki roku 1946 na Warmii i Mazurach przypominały scenografię z filmu katastroficznego. Region dawnych Prus Wschodnich, potężnie „okaleczony” przez przetaczający się front i podzielony nową granicą polsko-radziecką, leżał w gruzach. Zniszczenia tutejszego przemysłu sięgały od 70 do nawet 90 procent. Jak w realiach permanentnego braku wszystkiego, politycznych nacisków i migracyjnej rewolucji budowano nowe życie nad tysiącem jezior?
Siedem komisji i raport o wielkiej pustce
W styczniu 1946 roku nowo powołany wojewoda olsztyński, Zygmunt Robel, otrzymał z Warszawy jasny rozkaz: stworzyć plan ratunkowy dla regionu. Wojewoda powołał siedem specjalnych komisji branżowych (w tym do spraw odbudowy, osiedleńczą czy aprowizacyjno-gospodarczą), które miały zinwentaryzować to, co zostało po wojnie.
Eksperci szybko jednak rzucili ręcznik. Skala zniszczeń i chaosu była tak porażająca, że sformułowanie jakichkolwiek szczegółowych prognoz okazało się niemożliwe. Komisje ograniczyły się do jednego: spisania czarnej listy gigantycznych problemów, z którymi musiała zderzyć się nowa polska administracja. Równolegle na sesji Mazurskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej stworzono Komisję Gospodarczą i Odbudowy. W jej skład weszły barwne postacie ówczesnej sceny politycznej – socjaliści Stanisław Bernhard i Witold Ostrowski, reprezentanci Stronnictwa Ludowego Bohdan Wilamowski i Zbigniew Ziarko oraz ludowiec Władysław Mergel z PSL.

Plan Trzyletni i wizja zielonego spichlerza
Kluczowe wytyczne przyszły z góry. 21 września 1946 roku Krajowa Rada Narodowa ogłosiła narodowy Plan Odbudowy Gospodarczej na lata 1946–1949, powszechnie znany jako Plan Trzyletni. Przed olsztyńskimi planistami postawiono karkołomne zadanie: nie tylko podnieść region z ruin, ale przede wszystkim mentalnie i gospodarczo scalić nowo pozyskane ziemie z resztą kraju.
Głównym architektem warmińsko-mazurskiego Planu Trzyletniego został Bohdan Wilamowski. Jego wizja była jasna – przyszłość regionu miała stać na trzech filarach: rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie. Absolutnym priorytetem ogłoszono odbudowę stad bydła. Co ciekawe, Wilamowski chciał oprzeć gospodarkę na naturalnych bogactwach regionu, planując masowe zbieractwo ziół, runa leśnego oraz przetwórstwo wikliny i torfu.
Przemysł miał jedynie wspierać wieś. Postulowano wskrzeszenie tradycyjnych branż: spożywczej (która początkowo miała przetwarzać surowce sprowadzane z sąsiednich województw) oraz drzewnej. W kolejnych etapach planowano odbudować fabryki maszyn rolniczych oraz stworzyć od zera zakłady odzieżowe, obuwnicze i elektrotechniczne na potrzeby napływających osadników. Mapę regionu podzielono zadaniowo:
- Przemysł spożywczy ulokowano w powiatach kętrzyńskim i bartoszyckim,
- Przemysł drzewny miał stać się domeną powiatów piskiego, szczycieńskiego i ostródzkiego,
- Przetwórstwo rybne przypisano tradycyjnie do Giżycka.
A co z Olsztynem? Planiści zgotowali mu zaskakujący los. W pierwotnych założeniach stolica regionu miała być wyłącznie cichym ośrodkiem administracyjnym, urzędniczym „mózgiem” koordynującym pracę fabryk rozproszonych po województwie.
Porywanie się z motyką na słońce
Rzeczywistość szybko zweryfikowała urzędnicze plany. Wyliczenia Komisji Odbudowy jasno pokazywały, że koszty podniesienia Warmii i Mazur z gruzów wielokrotnie przewyższają roczny budżet… całego kraju. Wilamowski otwarcie punktował Warszawę, twierdząc, że przy tak potężnych zniszczeniach wojennych i skromnych zasobach surowcowych zakładane w Planie Trzyletnim przekroczenie przedwojennego dochodu na mieszkańca w ciągu trzech lat jest czystą mrzonką.
Najważniejszy okazał się jednak czynnik ludzki. Dopiero gdy w 1946 i 1947 roku na te tereny dotarła masowa fala osadników, machina odbudowy powoli ruszyła z miejsca.
Początki państwowych gospodarstw
W odniesieniu do rolniczego regionu Warmii i Mazur warto pamiętać, że gospodarstwa państwowe funkcjonowały tu już od pierwszych powojennych miesięcy. Niemniej jednak, przynajmniej do 1949 roku, ich rola różniła się od tej z późniejszych lat. Początkowo ograniczały się one po prostu do zagospodarowania mienia poniemieckiego i pofolwarcznego. Ich najważniejszą funkcją była wtedy misja społeczna – tworzenie nowych miejsc pracy na zrujnowanej wsi oraz dostarczanie jakichkolwiek produktów żywnościowych dla głodującego kraju.
Sytuacja zmieniła się drastycznie po umocnieniu komunistów u władzy. Wraz z nadejściem nowej doktryny państwowe gospodarstwa miały odtąd pełnić rolę jednej z wizytówek socjalistycznej przebudowy warmińsko-mazurskiej wsi.

Sukces małych fabryk i karłowatych zakładów
W tym samym czasie przemysł toczył dramatyczną walkę o przetrwanie, stawiając na odbudowę ilościową i łatanie starego parku maszynowego. Koszmarem dyrektorów był kompletny brak wykwalifikowanych kadr, co prowadziło do marnotrawstwa surowców i ogromnego przerostu zatrudnienia. Regionem niepodzielnie rządziły malutkie, „karłowate” zakładziki zatrudniające do 50 osób, z których wiele balansowało na granicy opłacalności. Ponad 63 proc. całego przemysłu stanowiły tartaki i proste zakłady przetwórstwa spożywczego.
Mimo to, patrząc na poziom wojennych zgliszcz, fakt, że w 1949 roku na Warmii i Mazurach działało już 489 zakładów przemysłowych, dających pracę blisko 15 tysiącom ludzi, powszechnie uznano za sukces. Praktycznie cały ciężar prawdziwej odbudowy z konieczności przesunął się jednak na kolejną dekadę.
Plan Sześciu Lat, czyli wielka obietnica industrializacji
Ponieważ Plan Trzyletni zaledwie zabezpieczył podstawowe potrzeby, cały ciężar prawdziwej modernizacji spadł na słynny Plan Sześcioletni (1950–1955). Warszawa rzuciła nowe hasło: radykalna industrializacja kraju. Dla województwa olsztyńskiego przewidziano ambitny program wzniesienia od podstaw 14 dużych zakładów przemysłowych, co miało zwiększyć liczbę robotników w regionie do 30 tysięcy.
Nowe fabryki miały ożywić lokalne ośrodki. W Szczytnie zaplanowano przędzalnię włókien łykowych i nowoczesną tkalnię, w Giżycku postawiono na branżę przetwórstwa rybnego i nowoczesne chłodnie, a nowymi centrami robotniczymi miały stać się także Bartoszyce i Górowo Iławeckie. Równolegle ruszono z ofensywą mieszkaniową – zaplanowano budowę 11 tysięcy nowych izb mieszkalnych oraz remont kolejnych 35 tysięcy pokoi.
Centrala w Warszawie wciąż uparcie traktowała dawne Prusy Wschodnie jako region typowo rolniczo-leśny – nakłady inwestycyjne na branżę rolno-spożywczą były regularnie o 50 proc. wyższe niż te przeznaczane na tutejsze fabryki. W rezultacie tradycyjna struktura przemysłu nie drgnęła ani o krok. Regionem nadal niepodzielnie rządziły przemysł drzewny, stanowiący 32,3 proc. wszystkich zakładów, i spożywczy, którego odsetek wynosił 27,8 proc. Sektor maszynowy (13,6 proc.) oraz włókienniczo-obuwniczy (16,5 proc.) stanowiły jedynie uzupełnienie. Utrzymanie tej konserwatywnej struktury negatywnie wpływało na proces unowocześniania produkcji.
Od koszar do fabryk
Mimo skromnego finansowania od 1950 roku na mapie regionu zaczęły pojawiać się kolejne, kluczowe z punktu widzenia gospodarki zakłady. Co ciekawe, większość nowo otwieranych przedsiębiorstw wcale nie powstawała w nowoczesnych halach. Z powodu braku funduszy produkcję uruchamiano w zaadaptowanych do tego celu starych budynkach koszarowych lub w poniemieckich, prowizorycznie załatanych obiektach przemysłowych. W ten sposób w latach 1950–1955 na terenie województwa oddano do użytku aż 68 istotnych zakładów. Ruszył też proces rozbudowy i dostosowywania do nowoczesnych potrzeb ocalałej infrastruktury sprzed 1945 roku.
Wśród flagowych inwestycji tamtej epoki wymienić należy:
- Fabrykę Płyt Pilśniowych i Wiórowych w Rucianem-Nidzie,
- Wybudowaną całkowicie od podstaw w latach 1950–1954 Fabrykę Kalafonii i Terpentyny w Spychowie,
- Zakłady Rybne w Giżycku.
Pojawiły się także przedsiębiorstwa zupełnie niezwiązane z lokalną bazą surowcową – słynna Iławska Wytwórnia Części Samochodowych, Zakłady Sprzętu Oświetleniowego w Wilkasach oraz Zakłady Konfekcji Technicznej w Lubawie. Wszystko jednak rodziło się w bólach. Rozbudowujące się gałęzie spożywcza i drzewna cierpiały na permanentny niedobór rąk do pracy. Jednocześnie był to czas bezwzględnej walki ideologicznej – w latach 1950–1955 doszło do niemal całkowitej likwidacji sektora prywatnego w przemyśle.
Liczby ukazywały jednak potężną skalę zmian. Dzięki nowym zakładom liczba osób zatrudnionych w przemyśle na Warmii i Mazurach podwoiła się – z nieco ponad 15 tysięcy w 1950 roku do 31 tysięcy robotników w 1955 roku. I choć poziom uprzemysłowienia województwa wciąż drastycznie odbiegał od średniej krajowej, region zrobił ogromny krok naprzód.

„Bitwa” o wieś. Sabotaże, podpalenia i bunt Kresowiaków
Równolegle w rolnictwie rozpoczęła się próba realizacji dogmatu kolektywizacji, czyli przymusowego przekształcania prywatnych gospodarstw w spółdzielnie produkcyjne. Polityka ta, połączona z drastycznymi obciążeniami finansowymi, przyniosła skutki odwrotne od zamierzonych.
Warmińsko-mazurska wieś stawiła zacięty opór. Jednym z najczęstszych przejawów buntu rolników był masowy, pospieszny ubój i wyprzedaż inwentarza żywego – chłopi woleli zjeść lub sprzedać swoje zwierzęta, niż oddać je do wspólnego majątku. Wielu przyjęło postawę wyczekującą, udając, że nie rozumieją metod kolektywnego gospodarowania. Dochodziło do dramatycznych aktów sabotażu – notowano masowe podpalenia budynków, które miały zostać przejęte przez spółdzielnie, a chłopi, którzy ugięli się przed presją i jednak do nich przystępowali, stawali się wyrzutkami, całkowicie izolowanymi przez lokalną społeczność.
Wprowadzeniu kolektywizacji wybitnie nie sprzyjała powojenna, kulturowa mozaika ludnościowa. Zdecydowany opór stawiali przesiedleńcy z Kresów Wschodnich, którzy doskonale pamiętali stalinowski terror i jednoznacznie kojarzyli spółdzielnie z radzieckimi kołchozami. Podobnie wrogie nastawienie mieli warmińscy i mazurscy autochtoni oraz Ukraińcy przesiedleni w ramach akcji „Wisła”. W rezultacie komuniści musieli budować spółdzielnie głównie w oparciu o osadników z Polski centralnej – bezrolnych i małorolnych chłopów, którzy nie mieli własnej ziemi i nie mieli nic do stracenia.
Działki na lewo i fiasko spółdzielni
Funkcjonowanie nowo powstałych spółdzielni na terenie województwa wołało o pomstę do nieba. Członkowie z ogromną niechęcią i oporem oddawali na rzecz wspólnoty swoje zboże, ziemniaki, maszyny i zwierzęta. Zamiast tego na masową skalę uprawiali proceder „na lewo” – lawinowo powiększali swoje prywatne działki przyzagrodowe. Choć przepisowo mogły one liczyć od 0,3 do maksymalnie 1 hektara, w województwie olsztyńskim w 1952 roku urzędnicy ze zgrozą odkrywali, że przydomowe ogródki spółdzielców mają od 1 do 4, a niekiedy ponad 5 hektarów!
Wynikało to z prostej kalkulacji: spółdzielnie były w tak fatalnej kondycji finansowej, że praca w nich nie dawała utrzymania. Członkowie spółdzielni cały swój wysiłek wkładali więc w uprawę własnych działek, które były jedynym realnym „żywicielem”. Symbolem tamtych czasów stała się też specyficzna praktyka: sprytni chłopi wykorzystywali członkostwo w spółdzielniach tylko po to, by uzyskiwać tanie kredyty państwowe i potajemnie rozwijać za te pieniądze swoje prywatne gospodarstwa, które zostawili w centralnej Polsce.
Słabość ekonomiczna, surowy klimat i niemal powszechny opór wobec przymusu sprawiły, że plony w jednostkach państwowych były drastycznie niższe niż w gospodarstwach indywidualnych. Spółdzielcza pszenica rodziła zaledwie 12 kwintali z hektara (wobec 12,7 u rolnika prywatnego), żyto 11,9 (do 13,2), a zbiory buraków cukrowych dawały marne 100 kwintali, podczas gdy prywatny gospodarz potrafił wyciągnąć z hektara aż 143 kwintale.
Kolektywizacja na Warmii i Mazurach skończyła się spektakularnym fiaskiem. Pierwsze przypadki masowego występowania ze struktur notowano już na przełomie lat 1950/1951. Lawina ruszyła na fali odwilży w latach 1955–1956. Bunt był całkowity: spośród 539 istniejących w 1955 roku spółdzielni produkcyjnych do końca następnego roku przetrwało zaledwie… 41! Te liczby stały się najbardziej wymownym podsumowaniem narzuconej siłą idei.
Wieś musiała podnieść się z kolan
Forsowanie kolektywizacji, niechęć do sztucznego nawożenia i głęboka stagnacja w hodowli sprawiły, że w 1955 roku rolnictwu na Warmii i Mazurach nie udało się osiągnąć przedwojennego poziomu produkcji.
Polityka władz przyniosła wsi szereg długofalowych, destrukcyjnych skutków. Nadmierne obciążenia podatkowe i przymusowe dostawy skutecznie zabiły zapał do pracy. Wymownym i smutnym podsumowaniem pierwszej powojennej dekady stał się masowy proceder porzucania ziemi przez osadników, którzy spakowali swój skromny dobytek i uciekli w ramach migracji powrotnej na tak zwane ziemie dawne.