Trzynastu uczniów, niemiecki żandarm na karku i szkoła, którą trzeba było budować niemal od zera. Wspomnienia Władysława Stachowskiego pokazują, jak naprawdę wyglądało życie polskiej szkoły na Warmii.
Zazwyczaj rzeczywistość, z jaką mierzyli się uczniowie, nauczyciele i społeczność szkół polskich na przedwojennej Warmii, opisywana jest dość sztampowo. Badacze najczęściej bazują na opracowaniach historycznych, powielając znany schemat: początkowa euforia, narastające szykany, aż po nieuchronną likwidację placówki przez niemieckie władze. Nowe światło na życie codzienne tych placówek edukacyjnych rzucają unikalne wspomnienia Władysława Stachowskiego. Dzięki jego zapiskom, publikowanym po II wojnie światowej w odcinkach na łamach „Słowa na Warmii i Mazurach”, ta znana z podręczników historia staje się zdecydowanie bardziej „namacalna”.
Nauczyciel
Biogram Stachowskiego autorstwa profesora Tadeusza Orackiego charakteryzuje go w telegraficznym skrócie: nauczyciel, powstaniec wielkopolski, absolwent seminarium w Rawiczu i współtwórca tajnego nauczania w okolicach Tarnobrzega. Za tymi suchymi faktami kryje się jednak człowiek, w którego biografii jak w soczewce skupiły się paradoksy oraz codzienność polskiego ruchu oświatowego na Warmii sprzed niemal stu lat. Stachowski był jednym z tych, którzy rzucili wyzwanie germanizacyjnej machinie, tworząc od podstaw polską szkołę w Stanclewie niedaleko Biskupca. Po raz kolejny zanurzmy się zatem w przeszłość.

Powstaniec
Dzieciństwo i młodość Władysław Stachowski spędził w Wielkopolsce. Urodził się 25 czerwca 1899 roku w Sarnowie, zaledwie kilka kilometrów od Rawicza. Tam też, u progu odzyskania przez Polskę niepodległości, ukończył miejscowe Seminarium Nauczycielskie. Jednak trwająca wciąż I wojna światowa szybko weryfikowała plany młodych ludzi, nie pozostawiając im wielkiego wyboru. Stachowski, podobnie jak tysiące jego rówieśników, został wcielony do armii niemieckiej.
Zamiast wierności kajzerowi wybrał jednak walkę o własną ojczyznę. Przy najbliższej okazji zdezerterował z niemieckich szeregów i jako ochotnik dołączył do powstańców wielkopolskich. Rawicz był wówczas jednym z najważniejszych i najbardziej znaczących punktów polskiego oporu – to właśnie tutaj toczyły się krwawe walki. Choć powstanie zakończyło się sukcesem, Stachowski na powrót rodzinnych stron do Macierzy musiał poczekać jeszcze rok. Ostatecznie powiat rawicki znalazł się w granicach odrodzonej Rzeczypospolitej 17 stycznia 1920 roku.

Stanisław ze Stanislewa
Niepodległa Ojczyzna potrzebowała młodych, pełnych zapału „funkcjonariuszy” państwowych, w tym nauczycieli. Na początku 1920 roku Władysław Stachowski objął stanowisko kierownika szkoły w rodzinnym Zakrzewie, gdzie z powodzeniem łączył obowiązki dydaktyczne z ożywioną działalnością społeczną. Prawdziwy zwrot w jego życiu nastąpił jednak dekadę później. W 1930 roku otrzymał propozycję, która wymagała nie lada odwagi – chodziło o podjęcie pracy w szkolnictwie polskim w Prusach Wschodnich.
Decyzja zapadła szybko. Stachowski spakował walizki i z Wielkopolski wyruszył do Olsztyna. Na dworcu czekał już na niego Franciszek Barcz, reprezentujący organizatora sieci szkolnej – Polsko-Katolickie Towarzystwo Szkolne na Warmię. Dalszą podróż w kierunku Biskupca obaj panowie odbyli automobilem. Mijali charakterystyczne dla warmińskiego krajobrazu aleje przydrożnych drzew, zmierzając ku malowniczej wsi położonej nad jeziorem Jełmuń. Choć w oficjalnych pruskich dokumentach wieś widniała jako Sternsee, Stachowski szybko zanotował w pamiętniku znamienne słowa: „…nikt nazwy niemieckiej nie używał”.
Lokalna społeczność polska była tu silna i doskonale zorganizowana, co udowodniła już w trakcie plebiscytu z 1920 roku. Nieco anegdotycznie można stwierdzić, że to właśnie na Warmii Władysław zyskał „nową” tożsamość. Działacze ruchu polskiego, a także koledzy po fachu, zaczęli żartobliwie kojarzyć jego nazwisko z polską nazwą wsi. Dla ułatwienia i przypieczętowania tej więzi, Władysław został przez nich „przechrzczony” na Stanisława ze Stanislewa.

Mozolna organizacja
Gdy automobil Barcza zatrzymał się przed domem pani Jablonkowej, wdowy po miejscowym stolarzu, okazało się, że rzeczywistość daleka jest od ideału. Na nowego nauczyciela czekała jedynie pusta izba mająca służyć za klasę oraz skromny pokoik mieszkalny. Klasę należało dopiero wyposażyć, jednak to była najłatwiejsza część zadania. Meble zorganizował Józef Weinert, ale oczywiście szkoła nie może działać bez uczniów.
By rozwiązać tę fundamentalną kwestię, Stachowski musiał wykazać się mieszanką sprytu i dyplomacji. Chodził od domu do domu, rozmawiając z Warmiakami o pogodzie, pracy na gospodarstwie i życiu codziennym. Jawna agitacja na rzecz polskiej placówki była surowo zabroniona i groziła natychmiastowym wydaleniem z Prus Wschodnich. Podczas tych niemal konspiracyjnych spotkań dyskretnie sondował, którzy rodzice byliby skłonni posłać dzieci do nowej szkoły. Nieocenionym przewodnikiem po wsi stała się Łucja Lubomirska, która bezbłędnie podpowiadała Stachowskiemu, gdzie warto zapukać, a które domy omijać szerokim łukiem.
Pod presją
Niemiecka administracja nie zamierzała bezczynnie przyglądać się poczynaniom nauczyciela. Wykorzystując fakt, że przygotowania do otwarcia placówki zbiegły się z letnimi wakacjami i wyjazdem Stachowskiego w rodzinne strony, miejscowy żandarm przystąpił do „kontrofensywy”.
Zaczęło się tradycyjnie od zastraszania mieszkańców wsi. Następnie funkcjonariusz próbował szantażem wymusić na mieszkańcach Stanclewa fałszywe zeznania. Plan był prosty: oskarżyć Stachowskiego o to, że przekupywał dzieci słodyczami i cukierkami, byle tylko nakłonić rodziców, by zapisali pociechy do polskiej szkoły. Gdyby to się powiodło, nauczyciel natychmiast straciłby prawo do wykonywania zawodu na terenie Prus Wschodnich. Warmiacy okazali się jednak niezłomni. Droga do otwarcia placówki stanęła otworem.
Trzynastu odważnych
Nadszedł wreszcie 1 września 1930 roku. Zanim jednak wybił pierwszy dzwonek, Stachowski musiał udać się na pocztę, bowiem z Polskiego Towarzystwa Szkolnego w Berlinie dotarły niezbędne, choć skromne pomoce naukowe: tablice edukacyjne, mapa Rzeszy i zaledwie kilka polskich książek.
Sama uroczystość inauguracji mocno zapisała się w pamięci nauczyciela. Do Stanclewa zjechali wówczas najwybitniejsi przedstawiciele ruchu polskiego: Jan Baczewski, Jan Boenigk, Franciszek Barcz oraz Wanda Pieniężna. W ławkach zasiadło trzynastu uczniów, którym towarzyszyli dumni rodzice i sympatycy polskości. Atmosfera była niezwykle podniosła, a przemówienia gości dodawały miejscowym otuchy. Pod wpływem tych emocji Stachowski zapisał w swoich wspomnieniach, być może ryzykując zbyt wielki optymizm, że „…wszyscy rozeszli się w przekonaniu, iż nadejdzie chwila przyłączenia Warmii do Macierzy”.
Na ten moment mieszkańcy regionu musieli jednak poczekać aż piętnaście długich lat, płacąc za przywiązanie do polskości często bardzo wysokie rachunki.
W polskiej szkole – polski od podstaw
Uroczyste otwarcie było oczywiście wstępem do trudnej, codziennej rzeczywistości. Choć określenie „szkoła polska w Stanclewie” brzmi dumnie, to Stachowski swoją pracę musiał zacząć od absolutnych podstaw – od nauczenia uczniów języka… polskiego. Do placówki trafiały bowiem dzieci miejscowych gospodarzy i robotników rolnych, które na co dzień posługiwały się wyłącznie gwarą warmińską. W pierwszej kolejności to sam nauczyciel musiał błyskawicznie przyswoić sobie elementarne zwroty i sformułowania gwarowe. Bez tego nie byłby w stanie zrozumieć swoich uczniów ani przekazać im jakiejkolwiek wiedzy.
Kolejną barierą okazały się poważne braki w materiałach dydaktycznych. Wydawnictwa w języku polskim drukowane na terenie Niemiec były nieliczne, a korzystanie z książek sprowadzanych bezpośrednio z Polski groziło surowymi karami ze strony pruskich władz oświatowych. Ponadto oficjalny zakaz kategorycznie zabraniał nauczania historii Polski. Stachowski musiał więc „przemycać” wiedzę o dawnej Rzeczypospolitej między wierszami, a nazwy geograficzne podawał uczniom sprytnie – dwujęzycznie, w wersjach polskiej i niemieckiej. Na szczęście niekłamany zapał warmińskich dzieci do nauki sprawił, że te ogromne trudności techniczne i dydaktyczne udało się stosunkowo szybko przezwyciężyć.

Od szkolnej ławy po ogródek
Jak wyglądał standardowy dzień polskiego nauczyciela gdzieś na warmińskiej prowincji? Codzienne obowiązki Stachowskiego były zaplanowane co do minuty i daleko wykraczały poza ramy zwykłego etatu. Lekcje w Stanclewie rozpoczynały się punktualnie o godzinie ósmej i trwały do trzynastej. Po ich zakończeniu nauczyciel znajdował czas na skrupulatną „prasówkę”. Co ważne, jego przegląd prasy obejmował zarówno gazety polskie, jak i niemieckie. Chwila poobiedniego relaksu przypadała na słuchanie radia oraz analizowanie korespondencji – zarówno oficjalnej, urzędowej, jak i tej prywatnej, przysyłanej z dalekiej Wielkopolski.
Po teorii przychodził czas na praktykę. Stachowski ze szczególną pasją uczył stanclewskie dzieci gry na skrzypcach. Jednak jego największą dumą był przyszkolny ogródek, w którym sam codziennie ciężko pracował. Podczas zajęć w plenerze panował wzorowy, wręcz wielkopolski porządek. Każde dziecko miało swoją własną grządkę i przypisane drzewko owocowe, za które ponosiło pełną odpowiedzialność. Czas zbiorów stawał się dla najmłodszych świętem radości z namacalnych owoców własnej pracy. Stachowski z kolei czuł głęboką satysfakcję – kształtował w podopiecznych szacunek do pracy i poczucie obowiązku. Zadowoleni byli także rodzice, bo umiejętności ogrodnicze dzieci od ręki przydawały się w przydomowych gospodarstwach.
Zaskakująco krótkie spacery i bitwa na motyki
Gdy nadchodziła jesień lub łagodniejsze zimowe dni, Stachowski chętnie ruszał na spacery po wsi i nad malowniczymi brzegami jeziora. Rzadko jednak były to długie, samotne przechadzki. Mijając znajome zagrody, niemal z każdego podwórka słyszał serdeczne wołanie: „Chodźta do noju!”. Stachowski nigdy nie odmawiał. Te improwizowane wizyty były najlepszą okazją do szczerych rozmów z mieszkańcami o ich głębokiej tęsknocie za Polską, ale przede wszystkim o codziennych bolączkach życia w państwie niemieckim.
Z tamtych spacerów zapamiętał też sytuacje groteskowe. Zaledwie kilka tygodni po otwarciu szkoły, przechodząc obok pól, gdzie rolnicy uwijali się przy wykopkach ziemniaków, dostrzegł dwie zawzięcie kłócące się kobiety. Okazało się, że spór miał podłoże… oświatowe. Jedna z gospodyń posyłała dzieci do szkoły niemieckiej, druga – do nowo otwartej polskiej placówki. W pewnym momencie pani Czerwińska, żarliwa zwolenniczka polskiej szkoły, straciła cierpliwość. Zamachnęła się i wymierzyła sąsiadce solidny cios… motyką, próbując w ten niezwykle bezpośredni sposób dowieść wyższości polskiej edukacji nad niemiecką. Na szczęście nikt nie odniósł poważnych obrażeń, choć krewka pani Czerwińska musiała zapłacić piętnaście marek grzywny. Ta historia, jednocześnie straszna i śmieszna, pokazywała Stachowskiemu jedno – polska szkoła budziła w Stanclewie najgłębsze, autentyczne emocje.
Stary znajomy – Franz Pasternack
Większość polskich nauczycieli pracujących w Prusach Wschodnich – może z wyjątkiem Pawła Jaśka – na samo dźwięk tego nazwiska reagowała niechęcią. Chodzi oczywiście o Franza Pasternacka. Pochodzący ze Śląska wizytator szkół cieszył się w polskim środowisku jak najgorszą sławą. Był aż do przesady skrupulatny, a jego jedynym celem podczas inspekcji było znalezienie jakichkolwiek „haków”, które mogłyby posłużyć za pretekst do likwidacji placówki. Z polskimi pedagogami rozmawiał ostentacyjnie po niemiecku, a do dzieci w języku polskim zwracał się niezwykle rzadko.
Każdą kontrolę w Stanclewie Pasternack rozpoczynał od bezpardonowego przeszukiwania osobistych szuflad nauczyciela oraz otwierania szaf. Tropił ukryte polskie podręczniki, prywatną korespondencję czy choćby najmniejsze polskie symbole narodowe. Jak wspominał po latach Stachowski, Pasternacka zupełnie nie interesował poziom nauczania, oceny czy faktyczny rozwój intelektualny dzieci. Z perspektywy olsztyńskiego kuratorium wyniki polskich uczniów powinny być przecież jak najgorsze, dając urzędnikom merytoryczne podstawy do zamknięcia szkoły. Polscy nauczyciele doskonale o tym wiedzieli. Dbając o najwyższą jakość edukacji swoich podopiecznych, robili niemieckim urzędnikom ordynarnie… na złość.
Presja z ambony, nowoczesny Kinderheim i samotność
Uporczywe wizytacje pruskich urzędników nie były jedynym narzędziem nacisku. Niemiecka administracja próbowała uderzyć w polską społeczność Stanclewa również za pomocą autorytetu Kościoła. Wykorzystując naciski miejscowego sołtysa, w lokalnej parafii drastycznie zwiększono liczbę nabożeństw oraz kazań wygłaszanych wyłącznie w języku niemieckim. Przyniosło to jednak skutek odwrotny do zamierzonego. Warmiacy zaczęli coraz mocniej dystansować się od kościoła i nabożeństw – po prostu przestali rozumieć, co ich własny proboszcz mówi do nich z ambony.
Krótko po osiedleniu się Stachowskiego we wsi, Niemcy przystąpili do budowy nowoczesnego, piętrowego gmachu przedszkola – tak zwanego Kinderheimu. Gdy imponująca inwestycja dobiegła końca, proboszcz sprowadził z głębi Rzeszy dwie wysoko wykwalifikowane przedszkolanki. Wspólnymi siłami przekonano wielu lokalnych mieszkańców, by oddawali tam swoje pociechy już od trzeciego roku życia, poddając je systematycznej germanizacji od najmłodszych lat.
Ta zmasowana akcja i peryferyjne położenie Stanclewa sprawiały, że Stachowski – nieposiadający jeszcze własnej rodziny – żył na Warmii w samotności. W ciągu niespełna trzech lat pracy, tylko dwukrotnie, przy okazji imienin, odwiedzili go koledzy po fachu: Wiktor Bina, Bronisław Chabowski oraz Leonard Jan Nieborak. Dużą radość sprawiały mu również spotkania z Augustynem Steffenem, wybitnym językoznawcą wywodzącym się z Unieszewa. Steffen, badający warmińską gwarę, poprosił nauczyciela o pomoc w zebraniu lokalnych pieśni ludowych. Stachowski wywiązał się z tego zadania celująco, skrupulatnie spisując i ratując przed zapomnieniem aż dwadzieścia osiem unikalnych utworów ze Stanclewa i okolic.

Osobiste dramaty obrońców polskości: Fabek i Sosnowski
Machina państwowa nie cofała się przed brutalnymi represjami wymierzonymi w konkretne warmińskie rodziny, które odważyły się zaufać Stachowskiemu. Jaskrawym tego przykładem był los Michała Fabka, miejscowego rolnika. Do polskiej szkoły posłał on czworo swoich dzieci, za co niemieckie władze postanowiły zrujnować go finansowo. Fabek został wciągnięty w wycieńczający proces sądowy, generujący gigantyczne koszty. Niemiecki adwokat, wyznaczony z urzędu, jedynie pozorował linię obrony. Mimo to rolnik nie dał się złamać – w nierównej walce z pruskim wymiarem „sprawiedliwości” cały czas wiernie wspierał go właśnie Władysław Stachowski.
Jeszcze smutniejszy los spotkał pasierba Fabka, Ferdynanda Sosnowskiego. Był to chłopak niezwykle zdolny, którego niemiecki aparat szykanował z wyjątkową bezwzględnością za to, że ośmielił się przenieść z niemieckiej szkoły do polskiej placówki. Ciągła presja psychiczna wywierana na nastolatku przyniosła w końcu tragiczny skutek. Tuż po uroczystości bierzmowania, niemiecki żandarm – w zasadzie siłą – odebrał chłopca załamanej rodzinie i wywiózł go do niemieckiego sierocińca w odległej Ornecie.
Codzienna zapobiegliwość
Stachowski miał pełną świadomość, że w każdej chwili sam może stać się ofiarą bezpośredniego ataku. Bojówki często „specjalizowały się” w demolowaniu polskich placówek i zastraszaniu nauczycieli. Dawny powstaniec nie zamierzał jednak dać się zaskoczyć. Każdego wieczoru przed snem ryglował drzwi i zamykał masywne okiennice. Bezpośrednio pod jego izbą mieszkalną znajdowała się mała piwnica z dwoma okienkami. Obawiając się, że napastnicy mogą wrzucić tam nocą ładunek wybuchowy, by go szczególnie zastraszyć, Stachowski zabezpieczył się i na tę ewentualność. Własnoręcznie, szczelnie zasypał okienka piwniczne ziemią oraz gruzem i całość zamurował.
W cieniu Lanca
Poczucie realnego zagrożenia stało się jeszcze większe, gdy całym polskim ruchem oświatowym w Prusach Wschodnich wstrząsnęła nagła, tajemnicza śmierć Jerzego Lanca – młodego, pełnego energii pedagoga z Piasutna-Łęgu. Stachowski znał go dobrze i zapamiętał jako człowieka tryskającego humorem mimo rzucanych pod nogi kłód. Gdy Lanc zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, Stachowski natychmiast udał się do Olsztyna, by wziąć udział w jego ostatniej drodze. W podniosłej atmosferze, najpierw w gmachu Domu Polskiego, a potem przy dźwiękach marsza żałobnego Chopina pożegnano Jerzego Lanca. Władysław Stachowski ramię w ramię z kilkoma innymi polskimi działaczami niósł trumnę z ciałem Lanca na olsztyński dworzec, osobiście umieszczając ją w wagonie pociągu jadącego w rodzinne strony zmarłego kolegi.
Nauczycielska oaza – konferencje metodyczne
Często jedyną odskocznią od życia w stresie i pewnej izolacji były dla Stachowskiego konferencje nauczycielskie. Ze względu na dość dużą jak na tamte czasy odległość pomiędzy Stanclewem a innymi polskimi ośrodkami na Warmii, każda okazja do spotkania z kolegami była dla niego bezcenna. Nie chodziło tylko o merytoryczną dyskusję, ale także o wzajemne wsparcie. Poza tym olsztyńskie konferencje często dawały możliwość spotkania z liderami ruchu polskiego: ówczesnym konsulem Józefem Gieburowskim, wydawcą „Gazety Olsztyńskiej” Sewerynem Pieniężnym czy dyrekcją Banku Polskiego.
Przygotowania do tych zjazdów miały swój określony rytm. Nauczyciele zjeżdżali do Olsztyna w sobotnie popołudnia i kwaterowali w murach Domu Polskiego. Po wspólnym obiedzie odbywało się posiedzenie Koła Nauczycieli Szkół Polskich w Niemczech. W poniedziałki rano, pięcioma samochodami, całe grono pedagogiczne ruszało do szkoły, która akurat pełniła rolę gospodarza. Tam organizowano lekcje pokazowe, słuchano referatów, po czym przez Olsztyn wszyscy rozjeżdżali się do swoich placówek.

Każda historia kiedyś się kończy
Władysław Stachowski pracował w Stanclewie do 1932 roku, kiedy to podczas jednej z kontroli znaleziono u niego egzemplarz pisma „Mały Polak w Niemczech”. Tym samym niemieckie władze ostatecznie cofnęły mu prawo do wykonywania zawodu i zmusiły do opuszczenia Prus Wschodnich. Jego miejsce zajął Lucjan Latosiński, który kontynuował pracę rozpoczętą przez weterana powstania wielkopolskiego.
Gdy w 1957 roku Stachowski publikował te niewątpliwie ciekawe wspomnienia na łamach „Słowa na Warmii i Mazurach”, Warmia była już częścią Polski. Nauczyciel przeżył hekatombę II wojny światowej, po której nadal aktywnie działał społecznie i zawodowo, zdobywając m.in. państwowe odznaczenia, w tym Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski oraz Wielkopolski Krzyż Powstańczy. Odszedł 30 maja 1986 roku w Puszczykowie pod Poznaniem, dożywając 87 lat.
Pamięć o szkole polskiej w Stanclewie okazała się jednak silniejsza od kordonów granicznych, wojen i systemów totalitarnych. Do tekstu o szkole polskiej w Stanclewie dołączyłem zdjęcie z powojennego zjazdu społeczności szkolnej, który odbył się w Biskupcu w 1959 roku. Bez pracy takich ludzi jak Władysław Stachowski przetrwanie słowa i kultury polskiej na Warmii byłoby znacznie utrudnione. Te wiekowe już wówczas osoby stanowiły jeszcze wiele lat po wojnie żywy dowód na dydaktyczną skuteczność i ogromną rolę dla ruchu polskiego tych niewielkich liczebnie placówek.