Kto nocą naprawia to, co się psuje? Kto pilnuje domu, gdy wszyscy śpią? Rano wszystko wraca na swoje miejsce. Na Warmii od wieków wiedzą jedno: to nie przypadek. To barstuki.

Na Warmii noc nigdy nie była zwyczajna. Zawsze mogło się zdarzyć, że coś stuknie pod piecem, że rano sieci okażą się naprawione, a drewno samo ułoży się pod ścianą. W takich chwilach nie zadawano pytań. Mówiono tylko: barstuki były.

To jedne z najmniejszych, a zarazem najbardziej pracowitych istot warmińskiej wyobraźni. Niskie, brodate, o pomarszczonych twarzach i głowach jakby zbyt dużych jak na resztę ciała. Ich brody ciągnęły się po ziemi, co nie przeszkadzało im poruszać się szybko i cicho. Tak cicho, że nikt nigdy nie widział ich wyraźnie — i dokładnie tak miało zostać.

Bezlitośnie sprawiedliwy

Barstuki żyły blisko ludzi, ale nigdy z ludźmi. Za dnia znikały w norach, podziemnych korytarzach i zakamarkach domów. Nocą wychodziły na powierzchnię: do pracy, do psot, do swoich tajemniczych spraw. Gospodarze, którzy znali się na rzeczy, zostawiali w ogrodach pasek nieuprawionej ziemi i krzak bzu. Bez był dla barstuków tym, czym dach dla człowieka — znakiem, że są mile widziane.

Ich pomoc nie była jednak jednakowa dla wszystkich. Barstuki, podobnie jak ludzie, miały swoje warstwy społeczne. Te skromniejsze, mieszkające przy biednych chałupach, pomagały chętnie i bezinteresownie: naprawiały narzędzia, doglądały zwierząt, przynosiły chrust. Barstuki „pańskie”, osiadłe przy dworach i sadach, były bardziej wybredne. Pomagały tylko wtedy, gdy najpierw dostały podarek. Bo porządek świata — nawet tego magicznego — bywał bezlitośnie sprawiedliwy.

Widok na oświetloną przestrzeń z miniaturowymi domkami i tłumem ludzi.
Wioska barstuków w Olsztynie, urządzona z okazji Warmińskiego Jarmarku Świątecznego w 2025 roku, fot. Ada Romanowska

Po cichu z latarenką

Najważniejszą zasadą była dyskrecja. Barstuki pracowały tylko wtedy, gdy nikt ich nie widział. Ciekawość była dla nich największą obrazą. Jak zapisała Maria Zientara-Malewska w „Baśni Gwiazdkowej” ze zbioru „Baśnie znad Łyny”:

- Barstuki nocami zapalały małe latarenki i potajemnie zakradały się do chat, wypatrując, komu by pomóc w robocie. Rybakowi połatały porwane sieci, kalekiej babci naznosiły chrustu z lasu, szewcowi dokończyły robić buty. Jednej tylko rzeczy barstuki nie znosiły: żeby ich ktoś przy robocie podpatrywał. Obrażone opuszczały wtedy dom i nigdy już więcej nie chciały wrócić.

Barstuki miały być niegdyś posłańcami dawnych, pruskich bóstw. Zamieszkiwały krzaki bzu i trafiały tylko do tych gospodarstw, które zasługiwały na ich opiekę. Pomagały jednych, innym — pod osłoną nocy — odbierały nadmiar.

Na Warmii magia nie znika

Szczególny czas nadchodził zimą. W grudniu barstuki stawały się bardziej aktywne, jakby wiedziały, że ludzie najbardziej wtedy potrzebują ciepła i porządku. Pilnowały ognia w piecu, pomagały w kuchni, sprzątały kąty, których nikt nie mógł dosięgnąć. Dzieciom zostawiały drobne, ukryte prezenty — takie „od lasu”, bez podpisu.

Mówiono nawet o Barstuku Kucharzu, który dbał, by w każdym domu unosił się zapach ciasta, masła i życzliwości.

A morał tej opowieści pozostaje niezmienny od pokoleń: barstuki dają dokładnie tyle, ile same otrzymają. Szacunek za szacunek. Dar za dar. Bo na Warmii magia nigdy nie znika — tylko czeka, aż nikt nie będzie patrzył.