Czy wynik plebiscytu z 1920 roku był przesądzony jeszcze przed oddaniem pierwszego głosu? Niemiecka przewaga, bierność aliantów, wojna z bolszewikami i fatalny moment dla Polski stworzyły mieszankę, z którą polscy działacze nie mieli większych szans wygrać.
Przeszłość naszego regionu składa się z momentów, które choć z perspektywy „wielkiej historii” Europy mogą wydawać się epizodyczne, dla tożsamości Warmii i Mazur mają znaczenie fundamentalne. Jednym z takich punktów zwrotnych były gorączkowe przygotowania i sam plebiscyt z 1920 roku. Choć w skali globalnej głosowanie zakończyło się porażką, lokalne zwycięstwa w poszczególnych wsiach do dziś stanowią dowód niezwykłego przywiązania ich mieszkańców do polskości.
Niemiecki historyk Leopold von Ranke pisał, że historia powinna mówić, „jak to właściwie było”. Aby zrozumieć przebieg i ostateczną klęskę Polaków w głosowaniu, należy cofnąć się do realiów geopolitycznych tamtych lat.
Brytyjskie interesy a sprawa polska
Fundamentem nowego podziału Europy stał się podpisany 28 czerwca 1919 roku Traktat Wersalski. Wytyczanie polskich granic odbywało się jednak w atmosferze silnych nacisków ze strony premiera Wielkiej Brytanii, Davida Lloyda George’a. Londyn realizował w tamtym czasie tradycyjną dla swojej dyplomacji zasadę balance of power (równowagi sił). Brytyjczycy obawiali się nadmiernego wzrostu potęgi Francji kosztem osłabienia Niemiec. Dążyli także do ułożenia relacji z ogarniętą rewolucją Rosją. Ta nieprzychylna Polsce postawa rządu brytyjskiego zaciążyła na niemal wszystkich sporach granicznych – w tym bezpośrednio na organizacji plebiscytu na Warmii, Mazurach i Powiślu, o którym decydowały artykuły 94–97 Traktatu Wersalskiego. Po burzliwej debacie polski Sejm Ustawodawczy ratyfikował traktat 31 lipca 1919 roku. Gdy dokument wszedł w życie 10 stycznia 1920 roku, rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do głosowania.

Willkommen in Allenstein!
Oficjalny start administracyjnej i dyplomatycznej batalii nastąpił 13 lutego 1920 roku o godzinie 15:00, kiedy to w budynku olsztyńskiej rejencji (dzisiejszym Urzędzie Marszałkowskim) uroczyście powitano członków Komisji Międzysojuszniczej. Według relacji „Gazety Olsztyńskiej” z 14 lutego 1920 roku, strona niemiecka głośno wyrażała niezadowolenie z faktu rozpisania plebiscytu w Prusach Wschodnich oraz z utraty Działdowa na rzecz Polski. Po kurtuazyjnej mowie przewodniczącego Komisji na okręg olsztyński, Brytyjczyka Ernesta Rennie, spotkanie dobiegło końca. Pięciu alianckich komisarzy zamieszkało na zamku w Olsztynie, a pozostałych 80 urzędników zakwaterowano w miejscowym hotelu.
Warto pamiętać, że Polacy – pracujący przy organizacji plebiscytu, ale też i ludność warmińska – witali komisję z ogromną nadzieją. W dodatku specjalnym do „Gazety Olsztyńskiej” instruowano mieszkańców, by widząc alianckich urzędników – wyróżniających się opaskami ze złotymi literami „A.C.” – zdejmowali z szacunkiem czapki i kapelusze.
Podział obowiązków wewnątrz Komisji faworyzował jednak interesy niemieckie: Ernest Rennie (Wielka Brytania) – przewodniczący; nadzorował administrację, pocztę, kolej i niższe sądownictwo. Podległy mu płk Bennet kontrolował wojsko, policję i więzienia. Markiz Fracassi di Terre Rossano (Włochy) – odpowiadał za cło i handel. Couget i zastępujący go od 2 czerwca Chevalley (Francja) – nadzorowali finanse i wyższe sądownictwo i wreszcie Japończyk Marumo – odpowiadał za szkolnictwo (w tym za powstawanie szkół polskich!). Dominacja brytyjskich urzędników nad najważniejszymi dziedzinami życia prowincji okazała się dla Polaków skrajnie nekorzystna.
Dom Polski – centrum dowodzenia
Pomimo wcześniejszych, XIX-wiecznych prób aktywności narodowej, plebiscyt stał się dla lokalnych Polaków pierwszą tak masową okazją do zorganizowania struktur i „policzenia się”. Kluczowym punktem na mapie tych przygotowań stał się Olsztyn. W lutym 1919 roku polskie organizacje zakupiły dawny Hotel Concordia. Budynek ten otrzymał miano Domu Polskiego i choć zmieniły się okoliczności, to ów przydomek zapisał się trwale w pamięci. To przy ówczesnej Bahnhofstraße w latach 1919–1920 działały biura Mazurskiego Komitetu Plebiscytowego (MKP). MKP powołano decyzją Prezydium Rady Ministrów w Warszawie już 9 czerwca 1919 roku, a od lutego 1920 roku kierował nim wybitny duchowny ewangelicki, jeden z liderów tej społeczności ks. bp Juliusz Bursche.

Bieżąca działalność MKP opierała się na wiecach i pogadankach – w Warszawie przeszkolono w tym celu aż 157 agitatorów. Niestety, wielu z nich pochodziło z Wielkopolski i nie rozumiało kulturowej specyfiki Mazur, co utrudniało zdobycie zaufania ludności. Fakt ten bezwzględnie wykorzystywali Niemcy, wprowadzając prowokatorów rozbijających polską jedność. Równolegle, 3 sierpnia 1919 roku, powołano Warmiński Komitet Plebiscytowy (WKP), którego olsztyńska siedziba mieściła się naprzeciwko Domu Polskiego (w tym miejscu znajduje się nowy biurowiec). Na czele WKP stanął początkowo ziemianin Kazimierz Donimirski, a od kwietnia 1920 roku ks. Antoni Ludwiczak. Choć WKP nie rozwinął tak szerokiej działalności jak MKP, realizował podobne zadania oświatowo-propagandowe. Sam budynek Domu Polskiego, po przegranym ostatecznie głosowaniu, aż do wybuchu II wojny światowej w 1939 roku pozostał sercem polskiego życia w regionie. Mieściły się tam m.in. szkoła, biblioteka i czytelnia, Związek Polaków w Niemczech, Hufiec Harcerski Rejonu Wschodniopruskiego oraz wspierający rolników i rzemieślników polski Bank Ludowy.
Niemiecki terror i poczucie strachu
Kampania plebiscytowa toczyła się w skrajnie niekorzystnych warunkach. Choć wojska niemieckie formalnie wycofano, na miejscu pozostała cała pruska machina urzędnicza i propagandowa. Niemcy reprezentowali miejscowe elity – byli właścicielami ziemskimi, wpływowymi urzędnikami i miejską inteligencją. To ułatwiało im budowanie dobrych relacji z członkami Komisji Międzysojuszniczej, która z racji podziałów społecznych patrzyła na stronę niemiecką przychylniejszym okiem. Po stronie polskiej stali głównie rolnicy, częściowo nauczyciele, duchowni oraz nieliczni przedstawiciele wolnych zawodów, tacy jak zaangażowana w walkę słowem rodzina Pieniężnych.
Niemieccy nacjonaliści regularnie uciekali się do brutalnej przemocy, paraliżując polskie działania strachem. Dochodziło do demolowania lokali, a sam Dom Polski musiał zostać otoczony zasiekami z drutu kolczastego, co i tak nie powstrzymywało wandali przed obrzucaniem go kamieniami. Niemieckie bojówki pobiły również korespondentkę Polskiej Agencji Telegraficznej relacjonującą sytuację w regionie. Podobne akty agresji, pobicia i awantury rejestrowano regularnie także poza Olsztynem – m.in. w powiatach mrągowskim, nidzickim oraz ostródzkim. Obecność Komisji Alianckiej nie zapewniała Polakom realnego bezpieczeństwa i budowała w społeczności poczucie głębokiego lęku przed ujawnianiem swoich poglądów.

W cieniu ofensywy Tuchaczewskiego
Największą bolączką polskiej akcji plebiscytowej był jednak brak realnego oparcia we własnym państwie. Rzeczpospolita walczyła wówczas na śmierć i życie o utrzymanie dopiero co odzyskanej suwerenności. Na przełomie czerwca i lipca 1920 roku w Warszawie, Krakowie, Lwowie czy Lublinie odbywały się masowe wiece protestacyjne, na których żądano przełożenia terminu głosowania ze względu na konieczność obrony przed sunącą ze wschodu bolszewicką nawałą. Postulaty te zostały odrzucone. Choć Warszawa planowała, by plebiscyt na Warmii i Mazurach odbył się jako ostatni, rzeczywistość zweryfikowała te plany – głosowanie na Górnym Śląsku przesunięto na 1921 rok, a plebiscyt na Śląsku Cieszyńskim w ogóle się nie odbył.
4 lipca 1920 roku ruszyła potężna ofensywa Armii Czerwonej pod wodzą Michaiła Tuchaczewskiego, a problem plebiscytu w zasadzie zniknął z przestrzeni publicznej. W obliczu zagrożenia upadkiem stolicy ogólnokrajowa prasa niemal całkowicie zapomniała o plebiscycie, koncentrując się na doniesieniach z frontu: upadku Wilna czy walkach na Wołyniu. Jakiekolwiek instytucjonalne wsparcie akcji na Warmii i Mazurach ze strony rządu polskiego stało się niemożliwe. Niemiecka propaganda perfekcyjnie wykorzystała ten moment, strasząc mieszkańców: „Polen ist ein Saisonstaat”. Jednocześnie Berlin masowo ściągał na tereny plebiscytowe emigrantów (m.in. z Zagłębia Ruhry), a chęć oddania głosu deklarowali nawet niemieccy żołnierze stacjonujący w dalekiej Japonii. Strona niemiecka słała przy tym cyniczne skargi do Rady Ambasadorów, zarzucając Polakom utrudnianie transportu tych osób przez tzw. korytarz pomorski.
Językowa pułapka na kartach do głosowania
Pisząc o plebiscycie, musimusimy pamiętać, że olbrzymi wpływ na wynik miało samo sformułowanie pytań na kartach do głosowania. Mieszkańcy nie wybierali bowiem pomiędzy „Polską” a „Niemcami”, lecz pomiędzy Polską a Prusami Wschodnimi. Dla wielu osób, mieszkających na tych ziemiach od pokoleń, słabiej wykształconych, niemających jeszcze ukształtowanej świadomości narodowej (we współczesnym tego słowa znaczeniu), opcja „Prusy Wschodnie” jawiła się jako głos oddany na swoją najbliższą, znaną okolicę – zgodnie z zasadą „koszula bliższa ciału”. Ludzie ci często nie zdawali sobie sprawy, że w ujęciu politycznym każdy taki głos był automatycznie zaliczany na konto państwa niemieckiego.
Trzy wsie
W wymiarze terytorialnym plebiscyt zakończył się dla Polski całkowitą klęską. Na Powiślu do Rzeczypospolitej przyłączono zaledwie 5 przygranicznych wsi, natomiast na obszarze dzisiejszego województwa warmińsko-mazurskiego – tylko 3. Były to sąsiadujące ze sobą miejscowości: Groszki, Lubstynek oraz Napromek (dzisiejsza gmina Lubawa). Przyłączenie tych wsi uzasadniano wyłącznie ich położeniem przy granicy z II Rzeczypospolitą.

Co znamienne i smutne, Niemcy do końca sabotowali te ustalenia; wsie te przekazano Polsce fizycznie dopiero 31 października 1920 roku – już po rozbiciu Armii Czerwonej nad Wisłą i podpisaniu pokojowych preeliminarów z Sowietami. Warto przy tym pamiętać, że chociażby w Nowej Kaletce w pobliżu Olsztyna Polacy odnieśli zdecydowane, plebiscytowe zwycięstwo. Ze względu jednak na znaczne oddalenie od ówczesnej linii granicznej, ich fizyczne włączenie w struktury państwa polskiego okazało się niemożliwe.
W ten sposób wielka historia z podręczników nierozerwalnie przeplata się z mikrohistorią naszych małych Ojczyzn. W 1920 roku na spornych terenach Prus Wschodnich jawne mówienie „jestem Polakiem” wymagało gigantycznej odwagi cywilnej i głębokiego patriotyzmu. Choć walka ta nie toczyła się z bronią w ręku, to słowem i postawą walczono w obronie własnych domów i tożsamości. Pod względem zażartości i znaczenia dla lokalnych losów, można ją śmiało zestawić z wielkimi militarnymi epizodami tamtego roku – bitwą kawaleryjską pod Komarowem czy operacją wileńską gen. Lucjana Żeligowskiego.