Dwanaście dni, dwanaście miesięcy i wiara, która wystawiała na próbę nawet najpobożniejszych. Na Warmii okres między Bożym Narodzeniem a Trzema Królami miał decydować o losie całego nadchodzącego roku — od narodzin po śmierć, od zgody po nieszczęście.
Między Bożym Narodzeniem a świętem Trzech Króli na Warmii panował czas szczególny. Nazywano go dwanostkami – od dwunastu dni, które według dawnych wierzeń miały zapowiadać wydarzenia całego nadchodzącego roku. Choć Warmiacy uchodzili za ludzi głęboko religijnych, właśnie w tym okresie chętnie zaglądali poza ramy kościelnych nauk.
Obowiązywała bowiem zasada, która budziła respekt: każde wydarzenie z dwanostek miało powtórzyć się w skali roku, miesiąc po miesiącu. Jeśli w tym czasie we wsi urodziło się dziecko – spodziewano się dwunastu narodzin. Śmierć jednego mieszkańca wróżyła serię kolejnych pogrzebów. Nic dziwnego, że te dni przeżywano z dużą ostrożnością.
Zakazy i magiczne ochrony
Dwanostki były czasem licznych zakazów, traktowanych jako ochrona przed złym losem. Nie prano pościeli ani innych białych tkanin, nie rąbano drewna ani nie młócono zboża. Gotowanie grochu lub kaszy uważano za ryzykowne, bo mogło sprowadzić wrzody lub plagę wszy. Przestrzegano tych zasad „na wszelki wypadek”, wiedząc, że każdy gest miał znaczenie.
W tym czasie wzrastała aktywność czarownic i duchów. Popiół ze spalonych ziół i nowolatków uważano za mający właściwości lecznicze i ochronne, wykorzystywany przy leczeniu chorób i w ludowych praktykach magicznych.
Rogale na zgodę i wizyty szemla
Dwanostki to także czas naprawiania relacji. Chodzono „po rogolach”, odwiedzając domy i kończąc waśnie, by wejść w nowy rok bez urazy. Największą sensacją były jednak wizyty sługów — grupy młodzieży, która wpadła do domu bez zaproszenia. Na czele stał szemel ubrany na biało, a za nim wchodziły śmierć z kosą, diabeł z widłami, kominiarz ubrudzony sadzą, anioł, stara baba z koszem i koza.
- Tego cudownego „szemla” dzieci się bardzo bały, a równocześnie go wyglądały, bo jak nie przyjdzie „szemel” i „sługi”, to nie będzie Pan Bóg „kładł” — pisała Maria Zientara-Malewska w „Maria Zientara-Malewska, O Warmio moja miła”. — W sieni odzywał się dzwonek, a potem słychać pytanie czy wolno wejść do izby. W razie przyzwolenia „szemel” wpadał do izby i zaczynał skakać potrząsając dzwonkami. Za nim szedł kominiarz z „drobzią”, żyd i dziad, który zbierał do kabzy wszystko, co mu dawano: pieniądze, słoninę, kuch, chleb i kiełbasę. Najważniejszy jest jednak „szemel”!
I dodawała: — Nie szkodzi, że obwieszony jest przetakami, różnymi łachmanami, że łeb ma z drzewa, osadzony na kiju, i cały przykryty jest prześcieradłem, spod którego wystają ludzkie nogi. Jeden ze „sług” strzela z bata, „szemel” skacze przez ławy i stoliki, towarzyszą temu różne gwizdy i dzwonki – hałas nie do opisania. Małe dzieci płaczą i chowają się za spódnicę matki, starsze mówią głośno pacierz i stale się mylą, z czego „sługi” są niezadowolone, więc grożą „klopejczem” lub „prowozem”. Otrzymawszy datki odchodzą z hałasem do następnej chaty.
Szemel wirował w tańcu, kominiarz zostawiał ślady sadzy na twarzach domowników, diabeł straszył widłami, śmierć wymachiwała kosą, a koza przewracała stołki i ściągała obrusy. Anioł bronił gospodarzy i odpytywał z katechizmu. Do kosza starej baby wrzucano jedzenie — pieniędzy dawać nie wolno było. Po wizycie zostawał bałagan i przestraszone dzieci, ale mimo tego mieszkańcy czekali na sługi z radością.
Wspomnienia z minionych lat
Takie wizyty zdarzały się jeszcze w latach 60. XX wieku, m.in. w Ostrzeszewie koło Olsztyna. Jeden z mieszkańców pamięta szczególnie kominiarza, który niepostrzeżenie rozsypał w kuchni popiół. Po wyjściu grupy wszyscy mieli twarze umazane sadzą, a śmiechu było więcej niż strachu.
Dwanostki odeszły w przeszłość, ale pozostają jednym z najbardziej barwnych przykładów tego, jak na Warmii splatały się religia, dawny świat wierzeń i potrzeba oswojenia niepewnej przyszłości. Dawni kronikarze i autorzy ludowi, m.in. Jakub Turowski w „Kluczu do bardzo ważnych tajemnic”, zapisali znaczenie znaków i zakazów, które mieszkańcy traktowali poważnie, próbując zapewnić sobie pomyślność na cały rok.