16 maja 1897 roku przeszedł do historii Warkał jako dzień największej katastrofy w dziejach wsi. W ciągu kilku godzin ogień strawił dziesiątki budynków. Przyczyną tragedii nie był jednak nieszczęśliwy wypadek, a celowe podpalenie. Sprawczyni twierdziła, że w ten sposób zamierza wypędzić z miejscowości „siedem diabłów”.

Warkały, niewielka wieś położona niedaleko Olsztyna, stały się w 1897 roku sceną wydarzeń, które na dekady zapisały się w pamięci lokalnej społeczności. 16 maja, tuż przed południem, nad miejscowością wzbiły się pierwsze słupy dymu. Czas był najgorszy z możliwych – w wiosce niemal nie było dorosłych. Większość mieszkańców brała udział w nabożeństwie w pobliskim Starym Szombarku.

„Chciała wygnać siedem djabłów”

Wieści o przyczynach katastrofy mroziły krew w żyłach. Ogień nie był dziełem przypadku, lecz celowym działaniem „ręki złośliwej”. Jak donosiła wówczas „Gazeta Olsztyńska”, podpalenia dokonała niejaka Bleks – kobieta „cierpiąca na umyśle”.

Motyw, którym się kierowała, był przerażający. Podpalaczka twierdziła, że musi „ze wsi wygnać 7 djabłów”. Wybrała moment, w którym wieś była bezbronna i podłożyła ogień jednocześnie w trzech różnych miejscach. Suche zabudowania i bliskie sąsiedztwo budynków sprawiły, że pożar z ogromną szybkością zmienił wieś w „jedno morze płomieni”.

Tragedia ta obnażyła niewydolność ówczesnego systemu opieki. Sprawczynię – jak pisała prasa – „miano już dawniej wziąść do domu obłąkanych w Kortowie”. Pomoc przyszła jednak za późno. Kobieta została ujęta i tymczasem „wzięto ją do więzienia sądowego”.

„Gazeta Olsztyńska” opisująca pożar — nr 40/1897

Walka o każdą koszulę

Wezwana na miejsce około południa straż ogniowa z Olsztyna stanęła przed beznadziejnym zadaniem. „Uratowano od ognia tylko obie karczmy, szkołę i budynki mieszkalne gospodarzy Rymka i Drehera”. Reszta wsi przestała istnieć.

Dla wielu mieszkańców niedzielny powrót z kościoła był szokiem – stracili dorobek całego życia. „Wielu mieszkańców nie uratowało nic, tylko odzienie na sobie” – relacjonowała „Gazeta Olsztyńska”. Straty w inwentarzu mogły być jeszcze większe, gdyby nie pora dnia: „Bydło na szczęście się nie spaliło, gdyż wszystko było o tym czasie na pastwisku. Zginęło w płomieniach tylko kilka świń, jeden koń i inny inwentarz”. Najważniejszą informacją było jednak to, że mimo ogromu zniszczeń, „z ludzi nikt życia nie postradał”.

Warmia i Mazury w odruchu solidarności

Tragedia 45 rodzin wywołała natychmiastową reakcję. Skala nędzy była porażająca, bo mieszkańcy Warkał już wcześniej „w ubogich żyli stosunkach, a bieda tam wielka”. Z pomocą przyszedł radca szkolny Spohn z Olsztyna, który przybywszy na miejsce pożaru, „kazał zamknąć szkołę i wprowadzić do niej pogorzelcom będącym bez dachu”.

Wkrótce powołano komitet ratunkowy, w skład którego weszli m.in. ks. proboszcz Kuck, sołtys Chłosta oraz Andrzej Biernatowski z Giedajt – szanowany polski działacz. W opublikowanej odezwie członkowie komitetu „do wszystkich serc miłosiernych z usilną zbliżają się prośbą, nieszczęśliwym pogorzelcom przyjść w pomoc bądź pieniędzmi, żywnością lub odzieżą”.

Odpowiedź regionu była imponująca. Redakcja „Gazety Olsztyńskiej” nie tylko drukowała apele, ale sama „chętnie przyjmuje wszelkie datki na ten cel i z nich pokwituje”. Solidarność wykazali mieszkańcy Warmii, a nawet Mazur. Olsztyńskie towarzystwa organizowały zabawy i teatry na dochód poszkodowanych, prosząc, by „kto może, niechże nie skąpi i pogorzelców choć małym datkiem wesprze”.

Dziś Warkały to spokojna wieś w gminie Jonkowo. Po wielkim ogniu z 1897 roku pozostały już tylko archiwalne zapisy. Historia ta pozostaje jednak świadectwem niszczycielskiej siły obłędu, ale przede wszystkim niezwykłej mocy ludzkiej solidarności, która pozwoliła podnieść wieś z popiołów.