Niemiecki nauczyciel kusił dzieci słodyczami, uczniowie rzucali kamieniami, a gospodarze obrzucali je obornikiem. W przedwojennych Skajbotach polska szkoła była nie tylko miejscem nauki, ale także polem walki o serca i umysły młodych Warmiaków. O tym, jak wyglądało to z perspektywy ucznia, opowiada Feliks Barabasz.

Wspomnienia Feliksa Barabasza pozwalają spojrzeć na dzieje polskiej szkoły na Warmii oczami ucznia. Nie znajdziemy w nich wielkiej polityki ani urzędowych dokumentów, lecz codzienne doświadczenia dzieci i ich rodzin, które zdecydowały się związać swoją przyszłość z polską placówką w Skajbotach.

Słodkie przekupstwo

Niemcy nie ograniczali się wyłącznie do szykan wobec zwolenników polskiej szkoły. Stosowali również bardziej subtelne metody oddziaływania. Kiedy w położonych dzisiaj na pograniczu gmin Purda i Barczewo Skajbotach miała powstać polska szkoła, warmińskie rodziny rozpoczęły proces wyrejestrowywania dzieci ze szkół niemieckich. Do placówki uczęszczały dzieci z rodzin: Sarnowskich, Bujnów, Gnatowskich, Makołów i oczywiście Barabaszów. Ponadto z sąsiednich Patryk akces zgłosiła rodzina Zarazów.

Jak wspomina Feliks Barabasz, w czasie, gdy jego ojciec załatwiał formalności związane z wyrejestrowaniem dzieci ze szkoły niemieckiej, ich dom kilka razy dziennie odwiedzał niemiecki nauczyciel, częstując pomarańczami i słodyczami, byle tylko nie dopuścić do rozwoju polskiej placówki.

Kamieniami i obornikiem

Tak się nieszczęśliwie złożyło, że aby dostać się do budynku, w którym mieściła się polska szkoła, należało przejść obok placówki niemieckiej. Jej uczniowie, za przyzwoleniem nauczycieli, obrzucali polskie dzieci kamieniami i błotem, określając je przy tym mianem „polskich świń”, „zdrajców” czy „warszawskich pachołków”. Wobec faktu, że każde wyjście i powrót ze szkoły kończyły się podobnie, polscy chłopcy skonstruowali, jak pisał Feliks Barabasz, „broń uderzeniową”, którą skutecznie odpierali ataki Niemców. Mimo to nie obyło się bez siniaków, a nawet ran. Ze wspomnień można wyczytać, że po jednym z takich ataków Barabasz musiał pojechać do szpitala w Olsztynie.

Jakby tego było mało, pewnego dnia dzieci zostały obrzucone obornikiem przez gospodarza ładującego go na wóz przed wywiezieniem na pole. Gospodarstwo znajdowało się naprzeciw budynku szkolnego, a jego właściciel zrobił to z premedytacją. Po przybyciu do szkoły dzieci, zamiast rozpocząć naukę, musiały się umyć i zmienić ubrania. Barabasz zapamiętał ten incydent jako coś wyjątkowo perfidnego i świadczącego o kompletnym braku szacunku wobec tych, którzy czuli się Polakami.

Mandaty, kary, szykany

Wobec rodzin zdecydowanie wspierających szkołę polską w Skajbotach Niemcy stosowali różne formy nacisku ekonomicznego. Piętnowali najdrobniejsze, często niezawinione niedociągnięcia. Dla przykładu mandat można było dostać za psa, który zerwał się z łańcucha, za brak na wozie tabliczki z nazwiskiem gospodarza czy niezebranie z pola słomy w określonym czasie.

Dużo bardziej dotkliwe było pozbawienie wsparcia socjalnego w postaci nieudzielania przez władze preferencyjnych kredytów, odmowy wypłaty wysokiego Kinderteil, czyli zasiłku rodzinnego, bądź zwalniania z pracy tych, którzy utrzymywali się z pracy najemnej u niemieckich gospodarzy.

Poziom nauczania

Na kartach zebranych przez Romana Marchwińskiego wspomnień Feliks Barabasz podkreślał, że wysoki poziom nauczania w szkole polskiej w Skajbotach pozwolił mu dostać się do renomowanego polskiego gimnazjum w Bytomiu.

Barabasz zwracał uwagę na archaiczny charakter stosowanych w szkole niemieckiej metod nauczania. Polegały one między innymi na odczytywaniu przez nauczycieli fragmentu materiału z podręcznika i wydawaniu dzieciom polecenia powtarzania go tak długo, aż go zapamiętają.

Kontrastowało to bardzo wyraźnie z podejściem do procesu kształcenia w szkołach polskich. Po pierwsze, jak akcentował Barabasz, nauczyciele byli młodsi i bardziej energiczni. Po drugie, szkoły polskie liczyły mniej dzieci, przez co prowadzący zajęcia mógł zająć się nauczaniem każdego z uczniów w sposób niemalże indywidualny.

Zdaniem Barabasza znajdowało to swoje pozytywne odzwierciedlenie także podczas kuratoryjnych wizytacji, co – chociaż niechętnie i nieoficjalnie – podkreślali nawet niemieccy urzędnicy oświatowi.

Prywatne Gimnazjum Polskie w Bytomiu – szkoła, do której trafiło wiele młodzieży z Warmii, zdjęcie z okresu międzywojennego, źródło: PoznajBytom.pl

Gdzie jest klucz?

W Skajbotach, podobnie jak w innych wsiach warmińskich, szkoła stanowiła centrum życia kulturalno-społecznego nie tylko dla uczniów, ale również dla całej wiejskiej społeczności.

Feliks Barabasz należał do chóru, który uświetniał polskie nabożeństwa odprawiane w świątyni w pobliskim Klebarku Wielkim.

Któregoś lata młodzież chciała zrobić próbę przed nabożeństwem, ale niemiecki proboszcz zabrał klucz do pomieszczenia prowadzącego na chór. Skutkowało to odśpiewaniem przygotowanych wcześniej pieśni w nawie głównej kościoła. Jednak efekt tego rodzaju występu nie satysfakcjonował ambitnych chórzystów.

Po nabożeństwie klucz, w „magiczny” sposób, ponownie znalazł się w drzwiach. Barabasz, niewiele myśląc, wyjął go z zamka, włożył pod koszulę i… utopił w pobliskim torfowisku. Od tej pory chór bez przeszkód występował w miejscu do tego przeznaczonym.

Hitler w klasie

Dla Polaków z usposobionych patriotycznie warmińskich domów szczególnie kłopotliwe było nauczanie historii. Nauczyciele przemycali wiedzę o historycznych polskich zwycięstwach, w tym o bitwie pod Grunwaldem, co budziło dezaprobatę kuratoryjnych wizytatorów.

Jakby tego było mało, po 1933 roku w izbach szkolnych, nakazem władz, zawisły portrety Adolfa Hitlera. Takie działanie, w oczach Barabasza, stanowiło upokorzenie społeczności polskiej. Niejako „na osłodę”, równolegle do symboli państwowych, Polakom zezwolono na umieszczenie w skajbockiej szkole wizerunku Rodła.

Sport i słowo polskie

Uczniowie szkół polskich nie żyli samą nauką. Ważną rolę w ich pozaszkolnych aktywnościach odgrywał sport.

Feliks Barabasz zapamiętał, że dzieci szczególnie chętnie uprawiały lekką atletykę oraz grały w siatkówkę. Wybór tych dyscyplin sportu determinował przede wszystkim brak konieczności posiadania specjalistycznego sprzętu i obszernych boisk.

Gra w siatkówkę szła Barabaszowi na tyle dobrze, że w okresie wakacyjnym wyjeżdżał wraz ze szkolnymi kolegami na zawody do Trzciana na Pomorzu, gdzie Warmiacy stawali w szranki z drużynami z Tczewa i Grudziądza.

Ważną rolę w podtrzymywaniu postaw patriotycznych odgrywało słowo polskie. Uczniowie chętnie korzystali ze sprowadzanych z Wielkopolski książek. Czytano m.in. Trylogię Henryka Sienkiewicza, a także „Gazetę Olsztyńską”. Jeden z egzemplarzy „Krzyżaków” Feliks Barabasz zakopał w 1940 roku w swoim ogrodzie, aby uchronić książkę przed konfiskatą przez Niemców. Niestety po pięciu latach pozostawania w ziemi niezabezpieczony egzemplarz nie nadawał się już do niczego.

Mieszkańcy Skajbot chętnie czytali „Gazetę Olsztyńską”, na zdjęciu – wydanie z 1919 r., źródło: Muzeum Warmii i Mazur

Ratować to, co zostało

Chociaż zabrzmi to jak truizm, nie sposób nie zaakcentować silnych więzi łączących społeczność Skajbot z polską szkołą.

Gdy pod koniec sierpnia 1939 roku placówka została zdemolowana przez niemieckie bojówki, Feliks Barabasz wraz z młodszym bratem Bernardem zdecydowali się pojechać do budynku szkoły, aby uratować to, co zostało. Niestety podczas powrotu zostali napadnięci przez Hitlerjugend i dotkliwie pobici.

Oczywiście władza lokalna ofiary uznała za sprawców i chciała aresztować braci. Na szczęście, przez opieszałość żandarmów, udało im się uciec z rodzinnej wsi.

Na otwarcie państwowej polskiej szkoły trzeba było poczekać sześć lat.