Własnoręcznie wypisał sobie świadectwo maturalne, a po latach odtworzył charakter pisma Mikołaja Kopernika. Zbigniew Urbalewicz z Olsztyna od dekad pracuje ze znakiem, gestem i literą – od grafiki warsztatowej po kaligrafię inspirowaną Japonią.
W czasach, gdy sztukę generują algorytmy, a pismo rzadko kiedy opuszcza ekrany smartfonów, w Olsztynie wciąż tętni życiem pracownia, w której czas płynie zupełnie innym rytmem.
To tutaj Zbigniew Urbalewicz – grafik, kaligraf i wykładowca Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego – miesza rzemieślniczą precyzję z dziką naturą Warmii. Samodzielnie zbiera galasy w olsztyńskich lasach, wytwarza atrament według starych receptur i udowadnia, że w dobie cyfrowego chaosu nienaganny gest na papierze to najwyższa forma artystycznej prawdy.
Świadectwo napisane własną ręką
Fascynacja pismem, znakiem i literą tliła się w artyście od najwcześniejszego dzieciństwa. Papier szybko stał się jego ulubionym podłożem, a pismo – największą, życiową pasją.
- Kaligrafia interesowała mnie, odkąd pamiętam, od dziecka — opowiada Zbigniew Urbalewicz. — Była moją irracjonalną, trudną do wyjaśnienia miłością od wczesnej szkoły podstawowej. Czasami sobie żartuję, że po wyjściu z porodówki, pierwszą rzeczą, jaką dostałem do ręki, musiało być coś do pisania. Tak to sobie wyobrażam.
Pierwsze świadome, choć przewrotne zetknięcie z tą materią miało miejsce w drugiej klasie szkoły podstawowej. Starszy kuzyn artysty studiował geodezję, a mały Zbigniew bez pamięci zafascynował się jego pismem technicznym. Ten kanciasty, pisany pod kątem 75 stopni styl kompletnie go oczarował. Wkładał w to całe swoje serce – z obsesyjną wręcz precyzją zaczął kopiować te „idealne” litery w swoich szkolnych zeszytach.
- Moja ówczesna wychowawczyni zajrzała kiedyś do mojego zeszytu i mówi: „Urbalewicz, a co to za kaligrafia?”. Wtedy wydawało mi się, że kaligrafia to coś strasznego, bo w jej głosie brzmiała przygana za to, co zrobiłem — wspomina artysta.
Ta reakcja mocno go wtedy zastanowiła. Przecież w swoje pismo wkładał całe serce, starał się zrobić to jak najlepiej i rozwijał zdolności manualne. Słowa nauczycielki wziął jednak głęboko do serca – i na jakiś czas zaniechał swoich prób.
Przez bocznicę kolejową do sztuki
Droga na wymarzone studia artystyczne również nie była oczywista i prowadziła przez… bocznicę kolejową. Wybór olsztyńskiej szkoły „kolejówki” przy plastycznych zainteresowaniach młodego chłopaka był czystym absurdem.
Lekcje przedmiotów ścisłych traktował lekko, jednak wrodzona miłość do kompozycji sprawiała, że jego techniczne zeszyty wyglądały trochę jak dzieła sztuki projektowej. Nauczyciel od miernictwa, zachwycony idealnym layoutem, zawsze doceniał to, stawiał piątki. Fragmenty tych zeszytów były również kiedyś wykorzystane w pracach graficznych.
- I tak oto z mojego wykształcenia technicznego nie zostało w zasadzie nic — uśmiecha się artysta. — Do dziś pamiętam kilka rzeczy, na przykład to, że odległość pomiędzy główkami szyn wynosi dokładnie 1435 milimetrów… Zresztą, już w średniej szkole wiedziałem, że będę grafikiem.
Z okresem rekrutacji na studia wiąże się też jedna z najbardziej niesamowitych anegdot w życiorysie Urbalewicza. Gdy spieszył się na egzaminy wstępne, potrzebował natychmiast odebrać świadectwo maturalne. Znalazł swojego wychowawcę w bursie. Ten, widząc pośpiech i nieprzeciętne zdolności manualne ucznia, podjął ryzykowną decyzję.
- Powiedział: „Ty piszesz ładniej niż ja, sam sobie wypisz, a wszystko pod moim okiem zostanie opieczętowane. Tylko pamiętaj, że to druk ścisłego zarachowania”. I tak oto sam wykaligrafowałem swoje świadectwo maturalne — śmieje się Zbigniew Urbalewicz.
Chciał studiować grafikę w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, ale ostatecznie trafił na Wydział Sztuk Pięknych UMK w Toruniu i był to strzał w dziesiątkę. Toruń okazał się „małym, czerwonym Krakowem” – miastem czerwonej cegły, z echem dźwięków zespołu Republika i intensywnych studenckich lat.
- Zamiast obiadu w barze Małgośka czy na stołówce, kupowało się paczkę klasycznych Katarzynek, najchętniej tych malutkich w czekoladzie, i jadło w biegu — wspomina. — Zresztą pierniki lubię do dziś.
Szkoła rzemiosła i lekcja od mistrza
W Toruniu młody artysta trafił pod skrzydła profesora Ryszarda Krzywki – wybitnego grafika, ale przede wszystkim genialnego liternika, który stał się jego mentorem.
To tam Urbalewicz uczył się anatomii litery, konstrukcji znaku i zrozumiał, że w liternictwie precyzja rzemiosła musi iść w parze z dziką ekspresją. Profesor Krzywka uczył swoich studentów, że litera to nie tylko suchy komunikat, ale żywa forma, która ma swoją wagę, dynamikę i charakter.
Zapach Japonii zamknięty w butelce
W Toruniu spełniała się kolejna wielka, życiowa miłość artysty: kultura, język i tradycyjna sztuka Japonii. Mimo morderczego tempa na uczelni i ponad 40 godzin zajęć warsztatowych tygodniowo, Urbalewicz zapisał się na lektorat języka japońskiego prowadzony przez profesora Romana Stanisława Ingardena.
- Człowiek wracał potwornie zmęczony, a do tego dochodziło jeszcze sześć godzin japońskiego w tygodniu. Wtedy była jednak we mnie zupełnie inna energia. Zaczynaliśmy w ogromnej grupie na pierwszym roku, a na trzecim roku nie było już prawie nikogo. Ludzie się wykruszyli, nie dali rady. Ja jednak wytrwałem i zawsze miałem z lektoratu piątki — podkreśla Zbigniew Urbalewicz.
Nagrodą za tę wytrwałość było trzymiesięczne stypendium w Kraju Kwitnącej Wiśni w 1994 roku. Pobyt w Japonii był dla niego niezwykłym doświadczeniem. Japońskie nauczycielki otoczyły młodego Polaka niesamowitą opieką i widząc jego pasję, zorganizowały mu wycieczkę np. do słynnego ogrodu irysów w Horikiri i dalej, do regionu Kansai – do Nary i Kioto.
Dla młodego artysty z Warmii był to moment wręcz magiczny. Stanął na żywo w miejscu, które wcześniej znał wyłącznie z podręczników historii sztuki – z klasycznych, XIX-wiecznych japońskich drzeworytów ukiyo‑e mistrza Hiroshige.
Przede wszystkim jednak wyjazd pozwolił mu wejść w głąb filozofii pisma, gdzie nie ma miejsca na fałsz, korektę czy cyfrowy retusz. To właśnie wtedy, zafascynowany tą bezkompromisową sztuką, Urbalewicz kupił swój pierwszy profesjonalny zestaw do kaligrafii w małym sklepiku w tokijskiej dzielnicy Ichigaya.
Kupionej wówczas buteleczki płynnego tuszu marki Kaimei już nie ma ale dokładnie tego samego tuszu używa do dziś, sprowadzając go z Japonii.
- Czasami, gdy chcę przywołać w pamięci tamte, niezwykłe chwile, po prostu go odkręcam i głęboko wdycham ten zapach. Dla mnie tak pachną pierwsze chwile w Japonii. Co ciekawe, po piętnastu latach wróciłem w to samo miejsce. Pojechałem do dzielnicy Ichigaya, w której dawniej mieszkałem i wszedłem do tego samego sklepu. Za ladą stał dokładnie ten sam sprzedawca. Przywitałem się z nim i po półtorej dekady ponownie zrobiłem u niego zakupy. Historia zatoczyła piękne koło.
Rytuał ważniejszy niż pismo
- W moich zbiorach mam też na przykład kolejny, niezwykle szlachetny tusz, prószony prawdziwym złotem, który zachwyca głębokim kolorem i pięknym zapachem — opowiada artysta. — Na Zachodzie sprawa jest o wiele prostsza, ale też bardziej bezduszna. Idziemy do sklepu i kupujemy pospolity, produkowany maszynowo, płynny tusz. Na Wschodzie cały ten proces osadzony jest w zupełnie innym klimacie. Tam tradycyjny tusz ma formę twardej, suchej kostki, a samo przygotowanie go do pracy staje się rytuałem.
Rozcieranie takiego stałego bloku z odrobiną wody na specjalnym, kamiennym naczyniu suzuri to jedna z najważniejszych i najbardziej medytacyjnych czynności. Niekiedy trwa to dwie, a nawet trzy godziny – w zależności od tego, jak dużą pracę planuje się stworzyć.
- W marketach plastycznych można oczywiście kupić tani, płynny tusz chiński, ale szczerze mówiąc, trudno mi go w ogóle nazwać prawdziwym tuszem — przyznaje kaligraf. — Dla mnie to tylko martwa zawiesina jakiegoś nieznanego spoiwa i zwykłej sadzy. Moje podejście zmienia się diametralnie, gdy biorę do ręki surowce naturalne i szlachetne, przygotowane w tradycyjny sposób.
Alchemia pod dachem
Choć Zbigniew Urbalewicz sprowadza profesjonalne materiały bezpośrednio z Japonii, to jego prawdziwą pasją jest eksperymentowanie z surowcami lokalnymi. Jako człowiek z Warmii, deklaruje absolutną miłość do tutejszych lasów i jezior.
- To miejsce, ta ziemia, jest dla mnie absolutnie wyjątkowa. Czuję, że gdyby ktoś przeniósł mnie gdzieś indziej, w rejon pozbawiony lasów i jezior, to bez tej tutejszej wody po prostu bym usechł — nie ukrywa artysta.
Ta bliskość natury zaowocowała niezwykłym rzemiosłem. Urbalewicz sam produkuje tradycyjne atramenty galasowe (inkausty). Choć proces ten laikom kojarzy się z czarną magią lub średniowieczną alchemią, artysta twardo stąpa po ziemi, tłumacząc to czystą nauką i chemią.
- Samodzielne przygotowywanie materiałów to w zasadzie prosta sprawa. Nie ma tu żadnej mistycznej wiedzy. Jest po prostu wiedza naukowa, spora doza eksperymentu, margines błędu i wyciąganie wniosków z pomyłek — opowiada. — Do wyrobu klasycznego atramentu potrzebne są przede wszystkim galasy dębowe – te małe, twarde kuleczki powstające na liściach i gałęziach. Zazwyczaj zbieram je osobiście w moich stałych miejscach w Olsztynie – głównie za stadionem leśnym, niedaleko CEiIK‑u. Trzeba trafić w idealny moment pod koniec roku, gdy nie ma jeszcze śniegu, a kuleczki wciąż wiszą na drzewach albo dopiero co opadły wraz z liśćmi.
Gdy Zbigniew Urbalewicz zbierze odpowiednią ilość galasów, zalewa je czystą deszczówką, którą przynoszą mu przyjaciele mieszkający nad olsztyńskim jeziorem Długim. Tak zaczyna się proces maceracji, czyli kilkutygodniowego moczenia, które pozwala „wyciągnąć” z roślinnych kulek bezcenne garbniki. Do powstałego w ten sposób roztworu dodaje się następnie związki żelaza.
- Dawniej w tym celu wrzucano po prostu stare, zardzewiałe gwoździe, które wchodziły w silną reakcję z garbnikami zawartymi w galasach, zmieniając kolor płynu na ciemny — wyjaśnia kaligraf. — W mojej pracowni na półkach stoi dziś jednak cała chemia: amoniak, alkohol izopropylowy, siarczan żelaza, woda destylowana, aceton…
Chemia koloru
Dzięki tym chemicznym eksperymentom artysta potrafi uzyskać zaskakującą paletę barw i właściwości swoich inkaustów.
- Jeden z moich eksperymentalnych atramentów ma barwę intensywnej, głębokiej czerwieni wchodzącej w oranż. Mam też niesamowity, ciemny atrament jagodowy. Od kilku lat pachnie dokładnie tak samo – pięknie, owocowo. Nie psuje się i nie pleśnieje, ponieważ dodaję do niego kilka kropel formaliny jako konserwantu — zdradza artysta. — Z kolei te klasyczne, naturalne atramenty galasowe mają to do siebie, że na początku po rozrobieniu mogą wydawać się jaśniejsze lub brązowawe. Dopiero po zapisaniu na papierze dojrzewają, utleniają się w kontakcie z powietrzem i z czasem mocno ciemnieją, aż do głębokiej czerni. To jest czysta, lokalna, olsztyńska sprawa.
Dotyk charakteru Kopernika
To tutejsze otoczenie i historia doprowadziły go do niezwykłego, wręcz metafizycznego doświadczenia, które połączyło go z najsłynniejszym lokatorem olsztyńskiego zamku – Mikołajem Kopernikiem.
Gdy Zbigniew Urbalewicz zaczął odtwarzać dawne receptury inkaustów, postanowił pójść o krok dalej i spróbować pisać dokładnie tak, jak pisał wielki astronom. Studiując zapiski i repliki dokumentów, artysta podjął próbę odtworzenia duktu pisma Kopernika z jego listów.
- Gdy zacząłem pisać tak jak Kopernik, używając zbliżonych materiałów i analizując układ liter, stało się coś niesamowitego: nagle bardzo wyraźnie poczułem jego charakter — opowiada z przejęciem Urbalewicz. — Pismo nie kłamie. Kiedy odtwarzasz czyjś ruch ręki, tempo, nacisk pióra, zaczynasz rozumieć emocje i osobowość człowieka, który stał za tym tekstem wieki temu. W tamtym momencie Kopernik przestał być dla mnie tylko spiżową postacią z podręczników historii czy wielkim naukowcem. Poczułem go jako człowieka z krwi i kości, który siedział w zimnych murach zamku, borykał się z codziennymi problemami i tak jak ja, przelewał swoje myśli na papier za pomocą opornego inkaustu. To było niesamowite, bardzo osobiste dotknięcie przeszłości.

„Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”
Swoje bogate, rzemieślnicze doświadczenie Zbigniew Urbalewicz przekazuje kolejnym pokoleniom w Instytucie Sztuk Pięknych UWM, gdzie pracuje od 2005 roku.
- Nauczanie jest istotnym, ale jednak dodatkowym elementem, bo lwią część swojej energii życiowej spalam w procesie własnej kreacji. Wydaje mi się jednak, że daję moim studentom bardzo dużo. Moja dewiza brzmi: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, a kto ma oczy – niech patrzy” — podkreśla Zbigniew Urbalewicz. — Mam bardzo praktyczne, empiryczne podejście do nauczania w kwestii np. technik, technologii i myślenia. Nie opieram się na suchej teorii, ja im to wszystko po prostu fizycznie pokazuję.
W pracy z młodymi ludźmi, zwłaszcza z pierwszego roku, stara się zapełnić ich głowy wiedzą i praktycznymi umiejętnościami do granic możliwości, by pod koniec roku akademickiego, po ostatniej, intensywnej pracy, wszyscy czuli satysfakcję z wymiernych efektów.
Czasami ubolewa nad różnicami pokoleniowymi. Współcześni studenci, wychowani w świecie najnowszych technologii, rzadko chcą oglądać się wstecz – mimo to artysta uparcie szuka z nimi wspólnego języka. Pokazuje im, że nowoczesność nie musi wykluczać tradycji.
Bo jak sam udowadnia swoją twórczością – dopiero gdy pozna się dobre warsztatowe korzenie, okiełzna tradycyjne materiały i poczuje zapach prawdziwego, utartego na kamieniu atramentu, można w akcie twórczym zrealizować dzieło, które naprawdę przetrwa próbę czasu.
Zbigniew Urbalewicz — urodzony w 1968 r. w Dobrym Mieście. Grafik i kaligraf, absolwent Wydziału Sztuk Pięknych UMK w Toruniu (dyplom w pracowni prof. Ryszarda Krzywki). Od 2005 r. pracuje w Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Autor i uczestnik ok. 100 wystaw w Polsce i za granicą. W twórczości koncentruje się na znaku, piśmie i geście, pracując głównie w grafice i rysunku, często z wykorzystaniem tuszu, atramentu pigmentowego i papieru.