Dlaczego mieszkańcy Warmii i Mazur w 1920 roku zagłosowali za pozostaniem w Niemczech? Odpowiedzi szukano już wtedy w Warszawie. W Sejmie Ustawodawczym posłowie wskazywali na niemiecką przewagę propagandową, represje i błędy polskiej polityki. Ich debaty pokazują dramatyczne kulisy wydarzeń sprzed ponad stu lat.
„Wszystkie ziemie, na których osiadł od wieków i dotąd pracuje lud polski, muszą być spojone w całość!” – te słowa, wypowiedziane na początku 1919 roku w Warszawie, rozpoczęły dramatyczną batalię odrodzonego polskiego parlamentu o północne rubieże. Kulisy debaty nad losem Warmii, Mazur i Powiśla pokazują, że zanim mieszkańcy regionu poszli do plebiscytowych urn, w Sejmie Ustawodawczym wrzało od emocji.
Milczenie premiera i gniew ludowców
Kiedy 20 lutego 1919 roku premier, a zarazem wybitny artysta, Ignacy Paderewski wygłaszał swoje exposé, w kuluarach Sejmu zapanowała konsternacja. Omawiając politykę zagraniczną, szef rządu… całkowicie przemilczał sprawę Warmii, Mazur i Powiśla.
Na reakcję posłów nie trzeba było długo czekać. Już dwa dni później na trybunę sejmową wszedł poseł Błażej Stolarski, reprezentujący lewicowe PSL-Wyzwolenie. Z sejmowej mównicy swoim donośnym głosem wypowiedział jakże znamienne słowa:
„Nie pozostawimy poza granicami naszej Rzeczypospolitej Poznańskiego, Górnego Śląska, Prus Zachodnich i Mazurów Pruskich!”
W podobnym tonie, choć z drugiej strony sceny politycznej, wypowiedział się Stanisław Grabski ze Związku Narodowo-Ludowego (endecja). Podkreślał on, że dopóki w ławach poselskich nie zasiądą reprezentanci „polskiej części Prus Wschodnich”, polski Sejm nigdy nie będzie pełny. Z lewicy natychmiast rzucono mu jednak trzeźwą uwagę: „Ale tylko na zasadzie wyborów!”.

Sejm mówi „Nie!” dla plebiscytu
Im silniejszy był nacisk międzynarodowy na przeprowadzenie głosowania, tym mocniej polscy posłowie protestowali przeciwko samemu pomysłowi plebiscytu. Uważali, że ziemie te powinny przypaść Polsce bez żadnych warunków wstępnych.
Eksplozja tych nastrojów nastąpiła na początku kwietnia 1919 roku. Podczas burzliwej debaty nad polityką wschodnią Jan Dąbski z PSL-Piast (ten sam, który później, w fatalny dla Polski sposób, negocjował traktat ryski) zgłosił radykalną rezolucję.
Sejm przyjął ją jednogłośnie. Dokument bez ogródek żądał, aby Warmia i Mazury pruskie – jako krainy zamieszkałe przez ludność polską – zostały przyłączone do Rzeczypospolitej bez stosowania plebiscytu.
Fałszywe statystyki i represje
Maj 1919 roku przyniósł jednak twarde lądowanie. Premier Paderewski wrócił z Paryża z gotowym projektem traktatu pokojowego z Niemcami. Stało się jasne: plebiscyt na Warmii, Mazurach, Powiślu oraz w powiatach malborskim, sztumskim, kwidzyńskim i suskim jest nieunikniony.
W Sejmie wybuchła kolejna dyskusja, tym razem pełna obaw o losy polskiej akcji propagandowej. Posłowie doskonale wiedzieli, z jak potężną machiną przyjdzie się mierzyć. Jako jeden z pierwszych głos zabrał poseł Stanisław Głąbiński, który ostro skrytykował oficjalne niemieckie spisy ludności.
Parlamentarzysta wskazywał na rażące dysproporcje: pruskie statystyki drastycznie zaniżały liczbę Polaków, podczas gdy oficjalne dane szkolne pokazywały, że polskich dzieci w tamtejszych klasach jest o 20% do 30% więcej! Niemcy za wszelką cenę chcieli wmówić światu, że są to rdzennie germańskie terytoria.
Maciej Rataj, późniejszy marszałek Sejmu i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków II Rzeczypospolitej, wprost kwestionował moralne prawo do organizacji głosowania w takich warunkach. Pytał, jak ludność ma wyrazić swobodną wolę, skoro wciąż znajduje się pod butem pruskiego żandarma i zniemczonego nauczyciela. Powoływał się przy tym na alarmujące artykuły z „Gazety Olsztyńskiej”, opisujące codzienne prześladowania Polaków.

Zapomniany „lud” i strach przed katolicyzmem
Najgłębszej i zarazem najbardziej bolesnej analizy sytuacji dokonał ponownie Jan Dąbski. Zwrócił uwagę na fakt, że polskie społeczeństwo przez lata po prostu zapomniało o Mazurach, pozostawiając ten najuboższy lud bez wsparcia.
Dąbski obnażył też główną broń niemieckiej propagandy. Mazurzy byli w większości ewangelikami. Niemieccy agitatorzy straszyli ich, że Polska to kraj skrajnie nietolerancyjny, w którym jako protestanci będą prześladowani przez katolicką większość.
Poseł przedstawił na to konkretny plan ratunkowy, który przedłożył premierowi:
- Skończyć z centralizacją: Międzynarodowa komisja koalicyjna nie może siedzieć tylko w Olsztynie, na katolickiej Warmii. Musi stworzyć podkomisje w Szczytnie (stolicy Mazur) oraz w Ełku, by bezpośrednio chronić ludność przed terrorem landratów.
- Pełne wysiedlenie pruskiego aparatu: Domagano się usunięcia z terenu plebiscytowego nie tylko wojska, ale całej niemieckiej administracji cywilnej.
- Kupić czas: Dyplomacja miała wywalczyć odroczenie plebiscytu o co najmniej… 6 lat! Tyle czasu, zdaniem Dąbskiego, potrzeba było, aby polska akcja uświadamiająca dotarła pod strzechy i przekonała Mazurów o religijnej tolerancji nowej Polski. Poselskie propozycje maksymalnego odsunięcia terminu głosowania od daty ratyfikacji traktatu wersalskiego zostały jednak przez państwa Ententy odrzucone.

Ratyfikacja traktatu: oficjalny optymizm kontra gorzka rzeczywistość
Podpisanie traktatu wersalskiego 28 czerwca 1919 roku postawiło Polskę przed faktem dokonanym. Powołana przez Sejm Komisja Ratyfikacyjna poddała dokument drobiazgowej analizie. Główny referent ds. plebiscytów, śląski poseł ks. Paweł Pośpiech, wraz z premierem Paderewskim i Władysławem Grabskim, musieli głośno przyznać się do bolesnej prawdy: odgrodzona przez dziesięciolecia od macierzy ludność mazurska w znacznej mierze zatraciła polską świadomość narodową.
W lipcowej debacie ratyfikacyjnej na sali plenarnej mieszały się ze sobą dwa skrajne tony: urzędowa nadzieja i głęboki niepokój. Ignacy Paderewski z dumą ogłaszał sukces:
„Jeśli plebiscyt na Warmii, w Prusach Książęcych i na Górnym Śląsku na naszą wypadnie korzyść, to odzyskamy znaczny szmat macierzystej ziemi i nawet tę część prastarą, drogocenną, która już za najświetniejszych Jagiellońskich czasów nie była w naszych rękach”.
Stanisław Głąbiński z kolei ponaglał Izbę do natychmiastowej ratyfikacji traktatu. Ostrzegał, że bez tego nie da się rozwinąć żadnej akcji uświadamiającej wśród ludzi, którzy na Mazurach często nawet nie wiedzą, że są Polakami. „Takiego ryzyka na siebie brać nie możemy” – grzmiał z trybuny.

Niezwykle przytomnie na problem plebiscytu patrzył poseł Andrzej Wierzbicki (szef Delegacji Ekonomicznej w Paryżu). Uważał, że w obliczu zbliżających się głosowań Polska musi pokazać się jako kraj dobrze zorganizowany i gospodarny. Tylko wtedy mieszkańcy spornych terytoriów z własnej woli zechcą wybrać Warszawę zamiast Berlina.
W bardziej populistyczne tony uderzyła lewica oraz ruch ludowy. Ks. Pośpiech przedłożył rezolucję, w której nazwał plebiscyt „krzywdą i upokorzeniem” dla Polaków. Dzień później, 31 lipca 1919 roku, Wincenty Witos w imieniu Klubu PSL-Piast wyraził głęboki żal, że ziemie te nie zostały przyznane Polsce automatycznie.
W podobnym tonie wypowiadał się Ludwik Waszkiewicz z Narodowego Związku Robotniczego, ubolewając, że traktat pozostawia miliony polskich chłopów i robotników w „męczącej niepewności co do swych przyszłych losów”. Choć z sejmowych przemówień bił oficjalny optymizm, rzeczywistość na północy brutalnie weryfikowała te nadzieje.
Zapomniani współbracia i proces o zdradę stanu
Pod koniec 1919 roku, gdy opadły pierwsze emocje, sytuacja na Warmii i Mazurach stała się katastrofalna. W grudniu poseł Władysław Herz z Narodowej Partii Robotniczej rzucił prosto w twarz nowemu premierowi, Leopoldowi Skulskiemu, oskarżenie o całkowitą bierność. Zarzucił rządowi, że podczas negocjacji w Berlinie potraktował Warmię i Mazury „po macoszemu”.
Herz ujawnił przed Sejmem dramatyczne kulisy niemieckiego terroru:
„Tam do dziś dnia nasi Mazurzy, nasi współbracia, którzy czekają tylko chwili, w której będą mogli połączyć się z Polską, są traktowani jeszcze zawsze w ten sam sposób, jak to się działo na Górnym Śląsku. Codzienne więzienia nie są rzadkością i temu należy poświęcić baczną uwagę. (…) Ludzie, którzy chcą się opowiedzieć za Polską (…) są za to karani i uważani za zdrajców”.
Na potwierdzenie swoich słów poseł przypomniał tragiczną historię mazurskiej delegacji. Bogumił Linka z Wawroch wraz z Józefem Zapatką, Adamem Zapatką oraz Zenonem Lewandowskim przedarli się wcześniej do Paryża, by osobiście błagać alianckie mocarstwa o przyłączenie Mazur do Polski. Gdy tylko wrócili w rodzinne strony, niemieckie władze aresztowały ich pod zarzutem zdrady stanu. Sąd wojskowy skazał lokalnych patriotów na półtora roku więzienia. Dopiero twarda i kategoryczna interwencja francuskiego marszałka Ferdynanda Focha zmusiła Niemców do wypuszczenia ich na wolność.