Fałszywe podpisy, naciski, terror i głosy oddawane nawet w szpitalu psychiatrycznym. Tak plebiscyt na Warmii, Mazurach i Powiślu widzieli dziennikarze „Kuriera Poznańskiego”. Ich relacje pokazują, że za oficjalnymi wynikami kryła się znacznie bardziej brutalna rzeczywistość.
Plebiscyt na Warmii, Mazurach i Powiślu poruszał serca i umysły nie tylko ludzi mieszkających na tych terenach. Na północ, w stronę peryferyjnych zarówno z polskiej, jak i niemieckiej perspektywy Prus Wschodnich spoglądano także w Poznaniu. Jak się po ponad stu latach okazuje, wyjątkową kroniką zmagań plebiscytowych stał się „Kurier Poznański” – opiniotwórczy, wielkopolski dziennik, którego łamy w latach 1919–1920 odzwierciedlały zarówno narodowe nadzieje, ale i iluzje ówczesnego społeczeństwa. Przyjrzyjmy się zatem, co zachowało się na pożółkłych stronach tej gazety.
Dla redakcji „Kuriera Poznańskiego”, kierowanej w tym przełomowym okresie przez Stanisława Jaworskiego, sprawa plebiscytu miała charakter priorytetowy. Wielkopolanie, którzy niemal „przed chwilą” sami wywalczyli powrót do Macierzy w powstańczym zrywie, wierzyli, że mieszkańcy Prus Wschodnich pójdą w ich ślady. Jak pokazała rzeczywistość, ten optymizm zderzył się ze skomplikowaną rzeczywistością.
Suche fakty kontra rozbudowana publicystyka
„Kurier Poznański” nie był pismem niszowym. Założony w 1872 roku przez Teodora Żychlińskiego, po krótkiej przerwie na początku XX wieku został reaktywowany przez Ligę Narodową. Jako prężny dziennik o profilu konserwatywnym cieszył się ogromnym zaufaniem i autorytetem na rynku wydawniczym. Na przełomie 1919 i 1920 roku stanowił jedno z najważniejszych źródeł wiedzy o sytuacji na Warmii i Mazurach.
Przeglądając ówczesne numery, nawet współczesny czytelnik zauważy zasadniczą różnicę w sposobie prezentowania racji obu stron konfliktu. Stronie niemieckiej poświęcano zazwyczaj jedynie lakoniczne, suche i pozbawione komentarza redakcji notki oraz telegramy. Z kolei losy Polaków w Prusach Wschodnich opisywano za pomocą bogatego wachlarza form publicystycznych: od płomiennych odezw i korespondencji terenowych, przez apele i ogłoszenia, aż po szczegółowe reportaże. Pokazywało to ogromne zaangażowanie wielkopolskiej redakcji, która nie tylko informowała, ale wręcz starała się organizować i koordynować pomoc dla rodaków zza kordonu, zwracając uwagę opinii publicznej na kwestie finansowe i logistyczne, na które Polacy mieli realny wpływ.
Podpisy od „obłąkanych”
Jeszcze przed podpisaniem Traktatu Wersalskiego, w czerwcu 1919 roku, na łamach „Kuriera” analizowano nastroje panujące w państwie niemieckim. Rząd w Berlinie wykazywał wówczas ogromną pewność siebie. Niemiecka dyplomacja stała na stanowisku, że o ile utrata Wielkopolski jest przesądzona – o tyle Górny Śląsk, Prusy Zachodnie oraz Warmia i Mazury bezwzględnie muszą pozostać w granicach Niemiec. Równolegle na łamach dziennika zaczęły pojawiać się niepokojące relacje korespondentów. Już w połowie czerwca 1919 roku w liście zatytułowanym „Plebiscyt”, autor podpisujący się jako „Warmiak” alarmował o pierwszych nadużyciach. Niemcy masowo wywozili i konfiskowali dokumentację wytworzoną przez administrację, chcąc zatrzeć niewygodne dla siebie ślady oraz uniemożliwić Polakom sprawną organizację przyszłych polskich urzędów. Symbolem determinacji Berlina stały się doniesienia z Kortowa pod Olsztynem, gdzie podpisy pod deklaracjami wierności Prusom zbierano nawet od pacjentów tamtejszego zakładu psychiatrycznego. Świadczyło to o tym, że strona niemiecka dążyła do sukcesu wszelkimi, nawet najbardziej wątpliwymi etycznie metodami.
Solidarni z Warmią i Mazurami
Mimo skomplikowanej sytuacji geopolitycznej (o której miałem już okazję pisać), w Wielkopolsce rosła fala solidarności z mieszkańcami terenów plebiscytowych. W stałej rubryce „składki i pokwitowania” „Kurier Poznański” regularnie publikował listy darczyńców wpłacających fundusze na rzecz akcji „Na Warmię i Mazury”. Analiza nazwisk wspierających jasno dowodzi, że pomoc ta płynęła od zaangażowanych patriotycznie Polaków i trafiała do komitetów agitacyjnych. Narodowy cel zbiórek dobitnie podkreślano w przestrzeni publicznej – chociażby dochód z odczytu prof. Mieczysława Limanowskiego (uznanego geologa) zasilił fundusz plebiscytowy pod hasłem „Ratujmy spod jarzma pruskiego Warmię i Mazury”. Działania te wspierały również lokalne samorządy. Gdy Wojsko Polskie dotarło do Bałtyku, dając krajowi upragniony dostęp do morza, Rada Miejska w Łodzi na fali narodowego uniesienia postanowiła przeznaczyć aż 20 000 marek (naszej ówczesnej waluty) na pokrycie kosztów kampanii plebiscytowej. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, jedną z aren walki stała się kultura. W Olsztynie w ramach kampanii plebiscytowej zorganizowano m.in. występ polskiej młodzieży, która zamanifestowała swoją tożsamość, dumnie śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła”. Działalność ta nie tylko budziła uśpioną polskość na miejscu, ale też stanowiła pewne wołanie o pomoc skierowane do rodaków zamieszkujących odrodzoną Polskę.

Niemcy w Poznaniu nie wystąpią
„Kurier Poznański” starał się, w odniesieniu do plebiscytu, aktywizować konkretne grupy społeczne. W jednym z numerów ukazał się m.in. apel do poznańskich ziemianek, nakłaniający je do osobistego wyjazdu na Warmię i Powiśle w celu podjęcia tam pracy edukacyjno-dobroczynnej oraz budowania świadomości narodowej tamtejszych chłopów. Niezwykle zdecydowaną postawę przyjęli studenci z akademickiej Wszechnicy Piastowskiej w Poznaniu. Gazeta relacjonowała, że podczas oficjalnego zebrania młodzież kategorycznie zażądała natychmiastowego zaprzestania aktów niemieckiej przemocy wobec Polaków na terenach plebiscytowych. W ramach odwetu studenci zaapelowali o bezwzględny zakaz występów niemieckich aktorów w Poznaniu i innych miastach Polski, grożąc, że w razie bierności władz sami wymuszą na państwie zastosowanie odpowiednich represji wobec mniejszości niemieckiej.

Bezpośrednie relacje
Szczególnie wartościowe były listy publikowane przez mieszkańców Warmii. Jeden z nich „Kurier Poznański” opublikował niemal w przededniu plebiscytu. Jeden z warmińskich księży pisał: „Wiece odbywają się każdego dnia: w dni powszednie tylko wieczorem po zakończonej pracy. Każdy wiec to jakby bitewka wygrana o posiadanie tej lub owej miejscowości”. Jednocześnie duchowny z goryczą punktował bierność alianckich komisarzy, zarzucając im uległość wobec Prusaków: „Koalicja przysłała na teren plebiscytu tak mało wojska swego, że odliczywszy personel potrzebny dla biur nie ma po prostu żołnierza dla nadzoru policyjnego. Wskutek tego wszystkie urzędy pozostały w ręku rządu pruskiego i na usługi jego. Zastępcy koalicji nie mają nawet czasu i możliwości zbadania zażaleń i skarg (…) Wprawdzie w ostatnich tygodniach wprowadzono przy landraturach w urząd »delegatów polskich« – ale cóż z tego? Kiedy nie przyznano im żadnych praw i wpływów na tok maszyny rządowej (…) Nie dziw tedy, że Niemcy, widząc bezsilność koalicji rosną w butę i dopuszczają się gwałtów najróżnorodniejszych”.
Dziś, po ponad stu latach, znamy problemy, z jakimi mierzono się tego „gorącego politycznie” lata na Warmii. Wtedy ten poruszający list demaskował całą prawdę o plebiscycie. Choć w części, której nie zacytowałem, autor ganił Polaków za wieloletnie zaniedbania edukacyjne na Warmii w XIX wieku – zwracając uwagę, że o ile region posiadał „Gazetę Olsztyńską”, o tyle drastycznie brakowało w nim polskich czytelni, kółek rolniczych, towarzystw, a przede wszystkim Banków Ludowych – jednocześnie dawał świadectwo najwyższej próby heroizmu. Inteligencja polska (zarówno ziemiaństwo, jak i wyższe sfery miejskie) była na Warmii prawie nieobecna. Mimo to duch narodu budził się do walki, a otwierane szybko i kosztem dużych wyrzeczeń szkoły i ochronki wiejskie przynosiły niemal natychmiast wymierne skutki.
„Komedia plebiscytowa”
Gdy nadeszła niedziela, 11 lipca 1920 roku, „Kurier Poznański” donosił, że w Olsztynie i Kwidzynie nie odnotowano krwawych zamieszek. Na ulicach miast panował wzmożony ruch automobili, jednak pod fasadą spokoju kryło się wiele fałszerstw. Głosowanie trwało od godziny 8:00 do 20:00, lecz już od 9 rano poszczególne komisje dopuszczały się manipulacji. Nazwiska głosujących Polaków celowo zapisywano z błędami, masowo odmawiano wydawania kart do głosowania, a niemieccy mężowie zaufania podmieniali karty z napisem Polen na karty z napisem Ostpreußen. Z tego powodu chociażby wynik w powiecie kwidzyńskim (7 600 głosów za Polską wobec aż 91 600 za Niemcami) publicyści bez ogródek nazwali „komedią plebiscytową”.

Zaledwie dwa dni po głosowaniu gazeta przedrukowała oficjalne, choć lakoniczne sprawozdanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, co świadczyło o dużym zainteresowaniu wielkopolskiej opinii publicznej losem Warmii, Mazur i Powiśla. Rząd polski oficjalnie zaprotestował przed Aliancką Komisją Plebiscytową, oświadczając, że ze względu na wszechobecny terror, fałszerstwa i brak elementarnej swobody politycznej, wynik ten nie może być uznany za prawdziwy wyraz woli mieszkańców. Sama Komisja Aliancka nie zajęła jednak stanowczego stanowiska wobec tych nadużyć – z perspektywy czasu można uznać, że losy Polaków były jej obojętne, a jej nadrzędny cel, czyli samo formalne zorganizowanie aktu głosowania, został osiągnięty.
Analiza porażki
Analizując przyczyny przegranej, publicyści „Kuriera Poznańskiego” wyliczali je bezlitośnie. Podkreślano, że wszystkie urzędy od początku do końca pozostawały w rękach pruskich, prasa niemiecka cieszyła się całkowitą, niczym nieograniczoną swobodą działania, a wojska, choć teoretycznie quasi-okupacyjne (włoskie i angielskie), otwarcie sympatyzowały z Niemcami. Ponadto Niemcy dysponowali siecią agitatorów doskonale rozeznanych w miejscowych realiach. Jak podkreślano na łamach „Kuriera”, Berlin przygotowywał aparat plebiscytowy od ponad roku. Polska akcja agitacyjna ruszyła oficjalnie dopiero w kwietniu 1920 roku – zaledwie trzy miesiące przed głosowaniem.

Koniec głosowania – nie oznacza braku zainteresowania
Zainteresowanie redakcji losem rodaków nie osłabło po ogłoszeniu wyników. Jeszcze jesienią 1920 roku „Kurier Poznański” alarmował o kolejnych aktach pruskiego terroru. Niemcy, rozochoceni sukcesem, urządzali nacjonalistyczne pochody i prowokowali Polaków. Agresja ta nasiliła się po wycofaniu z regionu wojsk włoskich, co pozbawiło polską społeczność jakiejkolwiek międzynarodowej ochrony. Doszło m.in. do ataku na polskiego konsula generalnego działającego w Olsztynie, Czesława Andrycza, a lokalna policja bezprawnie aresztowała polskiego kuriera dyplomatycznego oraz wyższego sekretarza sądowego. Represje dotknęły też zwykłych ludzi – w październiku 1920 roku rozpoczęto masowe wydalanie polskich pracowników z powiatu kwidzyńskiego. Te i inne przykłady niemieckiej wrogości skrupulatnie opisywano na łamach „Kuriera Poznańskiego”.
Niezłomna gazeta
„Kurier Poznański” w całej swojej publicystyce dotyczącej plebiscytu na Warmii, Mazurach oraz Powiślu niezłomnie wspierał sprawę polską. Dziennikarze szczegółowo dokumentowali akty przemocy wymierzone w rodaków, piętnowali niemiecką obłudę oraz nagłaśniali solidarność mieszkańców pozostałych części II Rzeczypospolitej z Warmią i Mazurami. Gazeta skrupulatnie dowodziła również, że Polacy do samego końca próbowali walczyć metodami legalnymi, śląc formalne skargi i zażalenia do Komisji Alianckiej. Jednocześnie na łamach periodyku w sposób niezwykle lakoniczny i powierzchowny opisywano faktyczną świadomość narodową mieszkańców obszarów plebiscytowych.
Z dzisiejszej perspektywy analiza artykułów prowadzi do wniosku, że redakcja nie do końca rozumiała skomplikowane stosunki społeczno-narodowościowe panujące w Prusach Wschodnich. Wielkopolanie, posiadający silnie rozwiniętą i ugruntowaną tożsamość narodową, która pozwoliła im zbrojnie wywalczyć przynależność do Polski, mierzyli mieszkańców Warmii i Mazur własną miarą. Nie potrafili pojąć, jakie piętno w ich duszach zostawił wieloletni, systematyczny proces germanizacji zapoczątkowany jeszcze w XVIII wieku. W swoich kalkulacjach poznańscy publicyści zbyt optymistycznie patrzyli na suche statystyki językowe, nie biorąc pod uwagę, że po wielu latach także część polskojęzycznych mieszkańców czuła większe przywiązanie do swojej małej Ojczyzny aniżeli do nowo utworzonego, nieznanego państwa polskiego. Niemniej jednak, dzięki artykułom z „Kuriera Poznańskiego” możemy po ponad wieku poznać perspektywę plebiscytowych dni widzianą nie z Olsztyna, Biskupca czy Szczytna, ale właśnie z dalekiego Poznania. Czasem takie spojrzenie z dystansu jest niewątpliwie potrzebne.